Reklama to poezja miasta – przekonywał w środowym Klubie Trójki pewien rozkochany w billboardach słuchacz. Dla niego poezja, dla mnie w większości śmieci szpecące krajobraz.
Przeciw owej wizualnej antypoezji oponuje, gdyż na każdym kroku widzę bezwzględną walkę na reklamowe płótna, plansze, kasetony i kartony, wiszące z fasad szmaty. Są wszędzie, od peryferii po zabytkową starówkę i ciągle ich przybywa. Nie dość tego, zwykle są w kiepskim guście, biją po oczach skomasowanym chaosem. Trudno uciec przed wrażeniem estetycznej kakofonii.

Daje głowę, że nikt nie jest w stanie ich zliczyć i choćby to świadczy o skali absurdu, który nie ma odpowiednika w żadnym innym kraju Europy.
Skąd ta ekspansja? To odprysk gospodarczej koniunktury. Biznes łapczywie zerka na każdy wolny skrawek przestrzeni. Zresztą nie tylko nas.

Nie widać, aby w takim samym tempie przybywało skwerów, odrestaurowanych uliczek, bulwarów, zaułków, parków, fontann, ogródków jordanowskich. Dlatego cieszy projekt MIASTO MOJE A W NIM . Pisze o nim Mrozon:

Tajemnicą poliszynela jest to, iż firmy mają gdzieś troskę o urbanistyczny kontekst. Liczy się ekspozycja reklamy i tyle. Im lepsza, tym większa kasa. A nieprecyzyjność przepisów tylko napędza rywalizację, której skutki odczuwa miasto i jego mieszkańcy.

Odnoszę coraz częściej wrażenie, że moje miasto zamienia się definitywnie w wielki nośnik reklamowy, w rozrzucony wokoło bazar, atakujący hasłami i obrazami. I tego przykrego dla oka procesu nie da się odwrócić.
Jednak mówię sobie: dosyć tego…
Swoją drogą, utyskiwanie na grafficiarzy malujących gdzie popadnie głupie często esy floresy pozbawione jest sensu. Przecież impulsem do mazania może być równie dobrze ów wszechobecny uliczny reklamowy bajzel.

A tak oto wygląda San Paulo ogołocone z reklam ulicznych.. uwiecznione zresztą w reklamie. Dziwny to widok.