Każdemu dniu można przypisać melodię i rytm. Bywa, że dzień staje się melodią, wtedy gdy jest niepowtarzalny. Czwartek taki był.
Spod zbitych chmur nagle ukazało się jaskrawe słońce, rozświetlając las i łąkę w oddali, dodając żaru wszystkim brązom, szarościom i czerwieniom. Widok z okna przywołał oniryczną i rozwibrowaną barwami muzykę Sigur Ros.
Sigurrós to imię córeczki jednego z muzyków. Przyszła na świat w tym samym czasie, gdy narodził się zespół. Z Sigur Ros związanych jest sporo historii, ot, chociażby perypetie towarzyszące powstawaniu pierwszej płyty. Muzycy upatrzyli sobie za studio opuszczoną bazę nasłuchową NATO. Nic z tego nie wyszło.

Muzyka Sigur Ros jest jak rozległa przestrzeń kontemplowana w samotności. Kojarzy się ze śniegiem skrzącym się w słońcu, mroźnym wiatrem wdzierającym się pod kaptur i parą idącą z ust. Bywa dochodzącym z oddali, za pokrytych szronem trawiastych wzgórz, wołaniem. Albo przywołuje wyobrażenie lodowców sunących dostojnie taflą wyciszonego morza.
Właśnie jesienią Islandczycy wydają nowy album oraz dokument z letniej koncertowej trasy po wyspie, zatytułowany „Heima” czyli „ojczyzna”.
Jeden z koncertów zagrali w opuszczonej starej przetwórni ryb. Scenerię dopełniał porzucony na brzegu rdzewiejący wrak statku. Zdjęcia z tej niezwykłej trasy są tu.

Trailer „Heimy” zapowiada: to może być szczególny film.