Od wakacyjnego pokazu na Nowych Horyzontach minął szmat czasu, lecz „Control” nie wszedł na kinowe ekrany. Trudniej wyobrazić sobie lepszy moment: jesień w pełni, moda na brzmienie Joy Division osiągnęła apoguem. Ikona Iana Curtisa uwodzi za grobu powielana przez setki muzycznych klonów Joy Division. Kolejna „wyalienowana” generacja, trochę naiwnie i po omacku, kultywuje swą generacyjną niepodległość… zakupami w sklepach H&M.

Spotykam się z opiniami, że czarno-biały film Antona Corbijna jest wysmakowany i wyjątkowy. Frapuje autentyzmem, dbałością w oddawaniu realiów końca lat 70., gdy pojawiła się pełna desperacji muzyka Joy Division, która zainfekowała pop kulturę wirusem post-punkowej rewolty. Dziś Joy Division pobrzmiewa w muzyce niezliczonych grup, które przyznają się (lub nie) do inspiracji.

Ten wpływ czasem przybiera postać irytującej manieryczność epigonów, którzy obnoszą się ze neurozami i nieprzystosowaniem, lubują się w epatowaniu mrocznością. Mylą nierzadko nudną pozę z wyrafinowaniem.
Nieistniejące dekad kilka Joy Division doczekało się nawet profilu na MySpace. Wśród wspisów widnieją słowa niezorientowanego głupka:

…hope you have a great weekend…

Nie zmienia to faktu, że Joy Division w pełni zasługuje na romantyczny mit. Jego fundamentem, obok muzyki, jest los Curtisa – zabił się rzekomo po obejrzeniu filmu Herzoga, dzień przed wyruszeniem w pierwsze amerykańskie tournee. Albo, twierdzą inni, targnął się na życie, bo nie radził sobie z epilepsją i z wyrzutami sumienia, które nachodziły, gdy zdradzał żonę.

Nic mitowi tak dobrze nie robi, jak splot niedomówień i tajemnic. Po Joy Division nie pozostało wiele: parę klipów, telewizyjnych fragmentów i koncertowych urywków. Nie ostał się żaden filmowy wywiad z Ianem Curtisem. Ten fakt i okoliczności samobójczej śmierci podsycają legendę.
Czy „Control” ową legendę uatrakcyjnia, a może przeciwnie? Skądinąd film drobiazgowo przybliża życie Iana Curtisa, rozpięte pomiędzy banalne dzieciństwo ( w nim biografowie zwykli szukać kluczy do zrozumienia losów każdego człowieka) i przedwczesną śmierć. Film powstał na podstawie książki żony Iana Curtisa, Deborah: Joy Division i Ian Curtis – przejmujący z oddali.

Nie wiedziałem, że wcielający się w postać Curtisa Sam Riley zamieszkał w jego domu, nosił jego ciuchy. Poznał żonę Iana, Deborę, jego 27-letnią córkę. Nim zaangażował się w projekt, rzadko słuchał Joy Division twierdząc, iż posępna muzyka nie nadaje się do samochodu.

Sam Riley grywa w 10 000 things. Czy brzmi tak przebojowo jak the Editors oraz Interpol, chyba najbardziej „cwani” naśladowcy Joy Division?
Orbitujący w okolicach sexu i kultury magazyn Nerve zamieszcza wywiad z Samem Riley’em . Godne polecenia, choć sexu w tym wywiadzie nie ma za grosz.