Z przestrzeni publicznej mają zniknąć krzyże, ze szkół i przedszkoli religia, obchody świąt państwowych winny się obywać bez katolickich akcentów – wylicza Kinga Dunin na łamach ostatniej „Gazety”. Tekst nie wisi jeszcze (sobota) na internetowej stronie. Pewne jest, iż felieton spodowuje iskrzenie w wielu głowach.

Publicystka stawia sprawę na ostrzu nożą tak jakby to LiD, a nie konserwatywna Platforma wygrała wybory. Jakby zaraz uskrzydlone euforią lewicowe kadry miały ruszyć do odzyskiwania instytucji, posad, przestrzeni publicznej zawłaszczonych przez Kościół w 1989 roku. Jakby zanosiło się na rozbijanie kolejnego układu, tym razem katolickiego-narodowego.

Zawsze staram się rozdzielać ideologiczne własne chciejstwo od realiów i praktyki politycznej. Akurat przez najbliższe lata szans na przemodelowanie relacji Kościół-państwo nie ma. Ale też nie sądzą, żeby większość Polaków załamywała z tego powodu ręce. Religijne nastroje są najwyżej letnie, zamiast fali nawróceń mamy odpływ wiernych, wpływy Kościoła maleją, ta instytucja przeżywa ewidentny kryzys; trwa potęgowana przez konsumpcjonizm prywatyzacja systemów wierzeń (jaka część katolików traktuje serio zakaz uprawiania sexu przed małżeństwem, albo zna akty wiary?)

Układ sił w parlamencie i nastroje społeczne nie dają szans radykalnym postulatom „oczyszczenia” życia publicznego z religijnych elementów i wpływów. Nie ma ku temu podstaw zwłaszcza, gdy uwględni się osobę świeżo „nawróconego” premiera Tuska, który na 3 dni przed wyborami jako jedyny polityk spotkał się z krakowskim metropolitą, kardynałem Dziwiszem, co przyniosło praktyczny, wyborczy skutek.
Jeśli coś Duninowy felieton wywoła, to w pierwszej kolejności publicystyczną kanonadę. Po jednej stronie skupią się lewicujące pióra Krytyki Politycznej, po drugiej tępiący „feministyczno-lewackie dyrdymały i patologie” katoliccy publicyści z szefem „Rzepy” Pawłem Lisieckim na czele. Skutkiem tego zwarcia będzie podgrzanie atmosfery i mobilizacja szukającego rewanżu narodowo-maryjnego środowiska, które jakąkolwiek próbę układania na nowo – drogą konsultacji i wzajemnych ustępstw- relacji z Kościołem potraktują, jako zamach na narodowego katolickiego ducha.

W konsekwencji, w ogniu radykalizmowi stopnieją szanse na przeforsowanie tak kluczowych i praktycznych kwestii, jak usunięcie ocen religii ze świadectw i wprowadzenie kościelnego podatku, ograniczenie ostentacyjnego uczestnictwa kościelnych hierarchów w polityczno-państowych celebracjach. Wreszcie, pogrzebane zostaną szanse na neutralność Kościoła wobec legislacyjnych prób nadania podmiotowości prawnej związkom homoseksualnym (np. kwestie spadkowe).
A tak się składa, że zwolennicy owych rozwiązań znajdują się także po drugiej „czarnej” stronie. Co z nimi, jeśli zamkną się bramy oblężonej twierdzy?