Złapał, głodził, przywiązał do ściany w galerii i pozwolił, aby umarł. W tak bestialski sposób potraktował psa kostarykański artysta Guillermo Habacuc Vargas. Zamiast powszechnego ostracyzmu spotkała go nagroda: będzie reprezentantem Kostaryki na Biennale Ameryki Południowej w Hondurasie. Internauci kilka tygodni temu skutecznie podnieśli larum– pisze o tym szerzej Julka w text only. Po bojkotem artysty podpisało się do wtorku ponad 290 tysięcy osób. Co dziwne, o samej imprezie prawie nic nie wiadomo.
Powinno mnie interesować, co miał na myśli Guillermo Habacuc Vargas postępując w taki sposób. Pewnie usłyszałbym akademicki bełkot-wykład o estetyce szoku, umowności aksjomatów, degrengoladzie ludzkości… Czyli to wszystko, co ma posłużyć za alibi.
Co wiem o 50-letni artyście? Tyle, że najął dwóch dzieciaków, żeby złapali psa. Rzekomo miało to być polityczne stanowisko, komentarz do tragedii nikaraguańskiego bezdomnego zagryzionego przez psy ochroniarzy. Pozostaje domniemywać, jak w istocie było.

Vargas miał swój profil na MySpace. Zniknął. W the Gin Blog pojawia się spekulacja, iż zakazał bywalcom galerii kamić zwierzaka. Szokuje brak reakcji publiczności, przyzwolenie na cierpienie żywej istoty. Zwłaszcza zestawiając to z reakcją internautów. Tak jakby siedząc przed ekranem było łatwiej o współczucie.
To chory facet – komentuje postawę artysty pewien internauta. Blog Vargasa został przejęty przez obrońców praw zwierząt. Pewien krytyk określił go mianem artisto -torturador.

Nie pierwszy i nie ostatni raz pod płaszczykiem uprawianie sztuki męczy się i zabija zwierzęta. Przykłady podaje na blogu Filip Barche. Węgierski „artysta” topiący kota. Koń zabity na planie filmowym „Popiołów” Andrzeja Wajdy: zwierzę zrzucono ze skały.
Jak widać poczynania ludzi kultury, bywają dziksze od najdzikszej przyrody. Stoi za nim świadomość sprowadzona do poziomu głupoty, obojętności i wyrafinowania.
.