Czy ktoś policzył, ile osób weszło na przestępczą drogę tylko dlatego, że nieopatrznie wsiadło na rower lub prowadziło go po jednym – dwóch piwach? Sądzę, że tysiące. I to jest granda: prawo mnożące przestępców, promujące mechaniczny nawyk nabijania statystyk trudno nazwać sensownym.

Egzekucja drakońskiego przepisu ma niewielkie znaczenie dla poczucia bezpieczeństwa ogółu obywateli, stanowi za to duże obciążenie dla państwa, bo zamiast zajmować się „grubymi rybami”, aferzystami i chuliganerką policja zasadza się nocami na cyklistów. To bezsprzecznie łatwiejsze zajęcie; wyraźnie konstrastuje z policyjno-urzędniczą niemocą wobec panoszących się pseudokibiców.

Rowerzystów bierze w obroty prokurator, przepuszcza taśmowo przez sądową wyrzymaczkę. Oskarżeni przeżywają traumę, a sądowa machina po prostu się zatyka, w gruncie rzeczy marnując energię i środki na drobne sprawy.

W jednym z amerykańskich stanów, a może wielu, (tego nie sprawdziłem) policjant może zatrzymać każdego rowerzystystę i ocenić jego zdolność do prowadzenia pojazdu; każąc przejść po prostej linii. W ostateczności rower zostaje przypięty do słupka, a delikwent wraca do domu np. pieszo.

Trochę inny przykład dotyczący kierowców. Jak w Japonii walczą z maniakami prędkości? Tworząc tzw. melody roads. Melodię słychać tylko przy zachowaniu stosowanej prędkości. Co ciekawe, takie dżwiękowe eksperymenty, tyle że dla celów reklamowych, robiono w USA w latach 50. Jest jedno „ale” – ów dźwięk generowany przez nacięcia w asfalcie i opony może doprowadzić niektórych do szaleństwa. (Dobrze, że nie siadam za kierownicą)

Więcej w Boing Boing