Są zbrodniarzami, a może winniśmy im współczuć jako ofiarom wojny? Wielu moich znajomych nie dopuszcza do siebie myśli, że polscy żołnierze mogli z zimną krwią zmasakrować cywili niczym nazistowscy żandarmi pacyfikujący wioski podejrzane o wspieranie partyzantów.
Iluzją jest oczekiwanie, że to sąd rozstrzygnie jątrzący świadomość dylemat i ostatecznie odetchniemy z ulgą. Nie ma powrotu do stanu niewinności. Poczucie komfortowej pewności, że zło nie jest naszym udziałem, zostało bezpowrotnie utracone. Zawsze znajdzie się ktoś, kto użyje tej historii żeby nami wstrząsnąć albo pouczyć. Już nie będziemy mogli mówić z pewnością będącą gwarantem dumy: my nigdy, tylko oni.

Z żadnej wojny, nawet sprawiedliwej, nie wychodzi się czystym. Wszystkie pozostawiają blizny. Owej elementarnej dojrzałej refleksji i uczciwego stawiania sprawy zabrakło, gdy politycy cichaczem, unikając namysłu i otwartej debaty, wysyłali naszych chłopaków do Iraku i Afganistanu bić się, nie do końca wiadomo o co.

Tym bardziej dziś poraża cynizm banalizowania wojennej traumy. Na przykład w efektownych z założenia fotografiach opublikowanych przez wrześniowy magazyn „Vouge”. Prawdziwe porn war.

Reklama żeruje na nas i nami manipuluje. Jest skuteczna, o ile poprzez aluzje i skojarzenie dociera do naszej zwierzęcości. Pragniemy być podniecani, co chwila wyrywani z letargu banalnej egzystencji. Tyle, że ktoś świadom tego mechanizmu nie działa przypadkowo i instynktownie. Nakręca nasz voyeuryzm, głód uniesień, emocji, wrażeń, racjonalnie kalkulując swoje zyski. Jak firmy handlujące bronią.