Wyciąganie baterii z komórki nabierze wkrótce charakteru rutynowej czynności poprzedzającej każdą poufną rozmowę. Tego nauczyli nas politycy i dziennikarze. Wystarczy posłuchać, co ma do powiedzenia w tej kwestii ex-szef CBŚ Jarosław Marzec.

Inwigilowanie leży w naturze każdej władzy, co do tego nie ma wątpliwości. Polityk w imię skuteczności gotów jest popełniać rozmaite świństewka. Na przykład kontrolować przemieszczanie się osób postrzeganych jako zagrożenie dla porządku pulicznego. I pewnie czuje się z owych małych przewin rozgrzeszony przez historię i wyższą konieczność, dobro publiczne.
Tyle politycznej pragmatyki, która boleśnie zderza się z teorią rządów demokratycznych i indywidualną, zdawałoby się, niekwestionowaną wolnością.

Amerykanie mają z tym spory kłopot – FBI lekką ręką, nie bawiąc się w wyczerpujące uzasadnienia, kieruje do sądów wnioski o namierzenie komórek podejrzanych osób. Obrońcy swobód obywatelskich biją na alarm. Jak informuje Washington Post sądy zwykły nie domagać się od rządu informacji potwiedzających zasadność wysuwanych przez federalne służby podejrzeń.

Tym praktykom mimowolnie wychodzi naprzeciw biznes. Chcesz wiedzieć, gdzie znajduje się twój przyjaciel, twoje dziecko – możliwość lokalizowania za pomocą sieci komórkowej daje np. serwis Loopt. Pewien jestem, że usług tego typu będzie przybywać.

W tym przypadku nic nie dzieje się bez zgody i wiedzy zainteresowanych, ale kto zaręczy, że pomysł nie będzie ewoluował w niebezpiecznym kierunku, nie zostanie wykorzystany do niecnych celów, które obalą, de facto, naszą prywatność. Tudzież, wedle wyboru, rozwieją iluzje o jej istnieniu.

***
Tyle mamy prywatności, ile wie o nas Google. Do spostrzeżenia nawiązuje traktująca o internetowym nadzorze dyskusja w Media Cafe Polska: czy ceną totalnej personalizacji jest totalny nadzór? Zasadne kontrowersje wokół Google porusza też Zbyszek w Brudnopisie:

It’s not a new thought that power corrupts (and absolute power corrupts absolutely)