Korporacje – operatywne i czujne – trzymają łapę na internetowym pulsie i biorą się za tworzenie społeczności blogerskich. Najpierw Lipton, pewnie niedługo Domestos.

Cóż w tym trendzie zdrożnego? Mnie on ni grzeje, ni ziębi. Ot, smutny, nie ostatni, przykład marketingowej krucjaty biorącej na celownik to, co wynika (w dużej mierze) ze spontanicznej, często głębokiej potrzeby opisywania siebie i dzielenia się swoimi przemyśleniami, zwykle, bez oglądania się na profity i bycie trendy, tym bardziej w wymiarze handlowym.

Tak się składa, że owe handlowe strategie i kampanie kładą się na ludzkiej aktywności ponurym cieniem. Firmy nie tyle kreują sztuczne cele, wmawiając nam, czego to nie potrzebujemy do szczęścia, co kolonizują spontaniczne przejawy naszej aktywności. Ekstremalny przykład: sex i erotyka – potraktowane w sposób kapitalistyczny – dały porno przemysł.

Wracajac do e-notatnika: nie zazdroszczę osobom, które „odkrywają” w sobie pasję pisania zmotywowane kampanią reklamowową liptona.
Pewnie nie przyjdzie im do głowy pomyśleć o poprzednikach z przedinternetowych czasów, którzy tocząc pierwsze pojedynki z opornym słowem i frazą, owe nieśmiałe, mniej lub bardziej literackie, próby wyciągali z dna szuflady i wręczali zabazgrane kartki kumplowi z klasy, z nadzieją na aprobatę i aplauz.

Teraz wiem, że przez ową katorgę nastoletnich doświadczeń przeprowadzi nową generację lipton. Jestem spokojny o powodzenie edukacyjnej misji. Na jej straży stoi red. Najsztub. O liryczny wymiar liptonowego blogowania zadba Kayah. Oto uśmiechając się do nas słodko i mądrze, medialni panie i panowie, w roli najemników, zastawiają sidła.

***
Nie slużysz sobie, służysz branżowej marce.