Za 7 lat Tokio będzie liczyć tylu mieszkańców co Polska. A takich rozrastających się metropolii jest więcej – przekształcają Ziemię w zasnutą smogiem klaustrofobiczną, nieprzyjazną przestrzeń.
Ten futuryzm rodem z kultowego filmu Ridleya Scotta i dystopijnych powieści W. Gibsona zaserwowała na pierwszej stronie sobotnio-niedzielna Rzepa.
Scenariusz s-f staje się realnością pozbawioną uwodzącej estetyzacji. W wielu miejscach na globie szykuje się lub trwa w najlepsze koszmar. Ten koszmar to także slumsy – wstydliwa „wizytówka” Trzeciego Świata.


W miastach dominuje wieczny pośpiech, ciasnota; żyje się drogo. Ponad wszelką wątpliwość pojęcie nadmiaru dotyczy głównie stresu. Myślę więc, że również przed nim, a nie tylko spalinami i bakteriami, chroni chirurgiczna maska.

Zobojętnieliśmy na tłum i na fakt, iż pod naszym naporem ubywa dzikiej przyrody. Jeśli nie jest dewastowana, to poddana urbanistycznej obróbce i eksploatacji, okrojona do odseparowanych enklaw.
Czy można na rowerze – lasami i łąkami- przejechać wszerz i wzdłuż Polskę, omijając główne szlaki i miasta?

Poraża, lecz nie przemawia do wyobraźni i świadomości statystyka podawana przez niektórych biologów: na świecie co godzinę ubywa 150 gatunków zwierząt i roślin.

Może jesteśmy zobligowani, niczym Noe ratować bioróżnorodność przed zagładą? Aczkolwiek, gwoli ścisłości, to my a nie biblijny Bóg, sprowadzamy niszczycielski „potop”. Pisze o tym felietonista New York Times Thomas L. Friedman w „In the Age of Noah”. Pewnikiem, określenie wejdzie do powszechnego obiegu. Wszak musimy jeszcze się uporać z globalnym ociepleniem.

***