Zbieram płyty i książki. Banalne. Stosy tych ostatnich piętrzą się karkołomnie na półkach i są powodem rosnącej troski. Bo jeśli toleruje bałaganiarstwo wokoło, cóż za chaos musi panować pod czaszką? Czyż to nie prowokowanie osobistej katastrofy?

Założenie, że dowolna kolekcja ujawnia cząstkę prawdy o jej właścicielu bywa zasadne, o ile nie porzucamy zdrowego rozsądu dla przesadnego dedukowania z drobiazgów. Bo cóż można dowiedzieć się o np. Piotrze Wielkim z faktu, iż kolekcjonował wyrwane przyjaciołom i przygodnym osobom zęby?
Okazałe trzonowce mówią zdecydowanie mniej o rosyjskim władcy niż wszem i wobec znane, spisane na kartach książek, wydarzenia z jego udziałem. One są potwierdzeniem politycznego geniuszu, bezwzględności i odwagi, które pozwoliły Piotrowi Wielkiemu ufundować wielkość Rosji. Jego dentystyczna hobby to błahostka, zabawny biograficzny detal.

Lecz wystarczy zmienić perspektywę, spojrzeć na obiekty jako coś samoistnego. Stają się wówczas komunikatem z innej przestrzeni, uwalniającym wyobraźnię.
Rosamon Purcell, o której wspomina Makowski w bogatej w linki notce pt. Garden of antiden (Ant eden?) „przekształca” takie dawne kolekcje.
Wydobywając z nich formę fantasmagorycznych artefaktów, wchodzi w rolę emisariusza przekazującego nam strzępy czegoś, co istnieje już tylko w zaświatach, albo ukryte gdzieś pod czaszką daje o sobie znać błyskami przeczuć i intuicji. Nie daje się za to pojąć wprost ani adekwatnie opisać. Stąd magia i tajemnica, a nie nuda oczywistego bałaganu i rozkładu.