Przemysł fonograficzny rozpaczliwie walczy o życie i mnoży absurdy. 220 tysięcy dolarów za umieszczonie w sieci 24 piosenek zażądało zrzeszenie amerykańskich wydawców muzyki RIAA od internauty z Arizony. To daje grubo ponad 9 tysięcy dolarów za utwór. Pisze o tym w Washington Post Marc Fischer, wspominając o 20 tysiącach sądowych pozwód przeciw internatom oskarżonym o piractwo.

Inna kuriozalna sprawa: RIAA domaga się kary dla kolekcjonara muzyki za skopiowanie na własny twardy dysk własnej kolekcji cd. Jeśli srogie sankcje i rosnąca liczba pozwów ma działać odstraszająco, to może lepiej zorganizować pokazowy proces i domagać się dożywocia?

Jak na razie Międzynarodowa Federacja Przemysłu Fonograficznego domaga się penalizacji p2p w krajach Unii Europejskiej. Pośrednim antypirackim rozwiązaniem ma być wprowadzenie filtrów sprawdzających legalność krążących w sieci plików. Ciekawe, jak wprowadzić takie uregulowanie nie łamiąc prawa do prywatności?
Czy skomasowane akcje spowodują, iż ludzie – tym razem ze strachu – znów zaczną kupować płyty? Wolne żarty – nikt o zdrowych zmysłach w ten scenariusz nie uwierzy.
Koncerny prowadzą walkę z wiatrakami. Zachowują się jak małpa z brzytwą. Spełnienie ich żądań spowoduje tylko ograniczenie wolności w internecie. A wszystko dla ochrony korporacyjnych interesów.

Kto jest przeciwnikiem przemysłu fonograficznego? Po prostu internet, bo zapewnia alternatywną wobec dominującego modelu dystrybucję on-line. Wrogiem też jest, na elementarnym poziomie, komputer: pozwala tworzyć muzykę niemal za darmo. Ten banalny fakt sprawia, że wielkie korporacyjne machiny przypominają mamuty skazane na wyginięcie. I fakt ten zaczynają rozumieć artyści w przeciwieństwie do wpatrzonych z trwogą w malejące słupki sprzedaży korporacyjnych księgowych.

W 1991 roku Amerykanie wydali na płyty cd ponad 11,8 mld dolarów. Rok temu 10,6 mld. Prognozy mówią o dalszym spadku do około 9 mld dolarów w 2012 r. Więcej kupuje się on-line. To wyliczenia z artykułu Davida Byrna dla Wired.

Pomysł Radiohead, aby umieścić nowy „empetrójkowy” album w sieci i sprzedawać go za „co łaska”, nie był jednorazową fanaberią. Artyści oraz ich menadżerowie idą tam, gdzie są pieniądze. Madonna rozstała się z wytwórnią Warner Bros i podpisała lukratywny konrakt (120 mln dolarów ) z Live Nation, potentatem w organizacji koncertów. Gdy muzyka jest dostępna za darmo lub za grosze, to koncerty – ze swojej istoty unikatowe i wyjątkowe wydarzenie – generują większe zyski.

David Byrne wylicza sześć modeli zarabiania na muzyce. Wariant, muzyk zbywający nieodwracalnie prawa do twórczości koncernowi za możliwość wydawania płyty, staje się zgoła archaiczny w gwałtownie zmieniających się czasach.

Myślę, że przyszłość, oczywiście postrzegana jako wyzwanie, będzie należeć do on-line’owych kolaboracji artystów-odbiorców-menadżerów, czasem bardzo demokratycznych i masowych w gustach, czasem elitarnych i eksluzywnych. Pewną wskazówką, jak ten trend będzie rosnąć, pokaże los pionierskich serwisów Sellaband lub Jamendo. Innowacyjny w muzyce i myśleniu o niej, Brian Eno entuzjastycznie wypowiada się z kolei o projekcie: I think Music.

Wracając do praw autorskich. Piractwo w pewnej mierze jest wymówką dla korporacji. Oczywiście ponoszą one straty. Ale jak duże i czy same sobie nie są winne, warto o tym dyskutować.

David Byrne przypomina, że ponad 50 procent kosztu płyty cd pochłania marketing. Uzględniając – modelowo – wszystkie koszty (produkcja, dystrybucja, marketing, zyski wytwórni, sprzedawcy itp.) cena płyty nie powinna przekraczać 16 dolarów. To daje mniej niż 50 złotych. I daje też sporo do myślenia, gdy porówna się te kalkulacje z cenami na sklepowych półkach.