Jaki jest sens w sylwestrowych masówkach, które wspólnie z telewizją organizują Warszawa, Kraków i Wrocław? Chodzi o to, aby się bawić, czy aby zaistnieć i dać popalić konkurencji: to my jesteśmy the best. Mamy pański gest, potrafimy zaszaleć. A co.

Na uliczną balangę władze Wrocławia wyłożyły milion trzysta tysięcy złotych. To dało trzecie miejsce, po Warszawie i Krakowie, w kraju. Kto o tym będzie pamiętał za tydzień? Jak telewizyjna transmisja z Dodą i Kombi w roli głównej przełoży się na efekt promocyjny, dajmy na to w sąsiadujących Czechach lub Niemczech?
A tak w ogóle to nie chcę mi się rozwodzić o gustach organizatorów, bo jeśli zaprasza się artystyczne „truchło” w rodzaju Shakin Stevensa to znaczy, że postradało się zmysły (sic!).

Może za mało psychodelicznego funky z lat 80?

I na koniec, czy Poznań, przeznaczając z miejskiej kasy na miejskiego sylwestra ledwie 200 tysięcy złotych wykazuje się skąpstwem, czy zdrowym rozsądkiem?

Informacje nt. kosztów pochodzą z „Rzeczpospolitej”