Regularnie łyka go przeszło 40 milionów ludzi, wierząc bezgranicznie w dobroczynne właściwości. Akurat dziś – nieźle zdołowany – czytam w brytyjskim Guardianie, iż nowe testy kliniczne wykazały, że Prozac – obok Viagry hit wśród medykamentów – raczej wywołuje efekt placebo niż odmienia nam psyche. Wyjątkiem są osoby borykające się ze szczególnie ciężką depresją. Tu pigułka ma działać wedle założenia.

This study raises serious issues that need to be addressed surrounding drug licensing and how drug trial data is reported – ocenia współautor raportu, prof. Irving Kirsch z wydziału psychologii Uniwersytetu Hull.

Zastanawia mnie jedno, skąd zatem biorą się podnoszone przez naukowców zastrzeżenia wobec skutków uboczych powodowanych przez Prozac. Jak ma to się do placebo?

Skądinąd, człowiek zwykł faszerować się pigułkami nie w zdrowej trosce o siebie, lecz ulegając nachalnej reklamowej perswazji koncernów farmacetycznych. Ileż to dobrze znanych specyfików wciska nam się pod nową nazwą i w nowym opakowaniu. Wystarczy zmienić kolor i kształt drażetki, dopisać nowy, mało istotny i dziwnie brzmiący składnik, okrasić to chwytliwym sloganem reklamowy i sukces handlowy jest murowany.
Aczkolwiek, któż nie ulega tej marketingiem wspieranej chemicznej magii, kiedy pulsuje czaszka; znikąd ulgi, gdy od środka dusi chandra.

Niestety, całkiem nieopatrzenie, walcząc z deprechą, ukatrupiliśmy melancholię. Czytam w LA Times o jej umierajacym cudzie: