Wpatrują się z wypiekami w nagie laski, przeplatając neurotyczne „klikanie” siorbaniem piwa. I tak godzinami tkwią przyssani do ekranu. Oto portret internauty nakreślony „wizjonerską” wyobraźnią Jarosława Kaczyńskiego, który do pasjonatów web 2.0 raczej nie należy.

A gdyby tak archaicznemu i pociesznemu w swoim zacietrzewieniu politykowi przyznać trochę racji? Może nie do końca plecie od rzeczy?

Akurat nie powinna wzbudzać kontrowersji teza, iż dla setek tysięcy osób internet jest przed wszystkim narzędziem (bywa, iż niczym ponad to) dającym dostęp do pudelka, smogów i tego typu mieszanki: sexu, skandali, tragedii i obfitej żenady.

Zaryzykuję kolejną tezę – gdyby nie istnienie tych serwisów, dla wielu internet straciłby rację bytu.
Spójrzcie na prasowe tabloidy. Ludzie czytają je nie dla wiedzy o świecie, nie po to, aby się edukować, ale dla prozaicznej, banalnej radochy. Znużony wertowaniem „Faktu” jego wierny czytelnik nie rzuci się z zapałem do czytania „Krytyki Politycznej” albo „Frondy”. Dla odmiany sięgnie raczej po „Super Express” lub tygodnik pełen wypasionych celebrytów.

Z internetem jest podobnie. I tak pozostanie, bo sieć oferując obfitości treści, idzie na rękę, raczej schlebia gustom, aniżeli podnosi poprzeczkę, skłaniając do szukania jakościowo innych podniet i atrakcji. Wszak z natury jesteśmy leniwi.