Być może Barak Obama już jesienią będzie sprzątał polityczny bajzel po G. Bushu, ale nim wprowadzi się do Waszyngtonu najpierw musi posprzątać na swoim podwórku.
Jak donosi konserwatywny Wall Street Journal Obama jest związany (od 20 lat) z pastorem Jeremiah A. Wright’em Jr., i nie byłoby w tej znajomość nic niestosowanego, gdyby nie wielce niestosownie płomienne antyamerykańskie jeremiady, którymi zwykł raczyć wiernych (także Obamę) kontrowersyjny duchowny.

Wielebny Wright Jr. wydaje się dzielić temperament dr. Rydzyka, choć prezentuje biegunowo inny radykalizm „uciśnionych czarnych braci”. Wiążą go zażyłe relacje z L. Farrakhan’em, przywódcą radykalnej islamskiej organizacji Nation of Islam, która nie odżegnuje się od separatystycznj idei utworzenie w Ameryce samodzielnego państwa Afroamerykanów.

Wright wraz z Farrakhanem (na zdjęciu powyżej) odwiedzili przed kilkoma laty M. Kadafiego. Co na to Obama? Dystansuje się od kłopotliwych rewelacji, wyciągniętych na jaw przez niechętne mu media, bagatelizuje pastora (mówiąc, że każdy ma w rodzinie takiego kłopotliwego wujka) i odżegnuje się od jego kontrowersyjnych wypowiedzi. Ale fakt, iż czyni to dopiero pod ostrzałem prasowej krytyki sprawia, iż wpadł w nieliche tarapaty.

Ostre i bezkompromisowe – bywa, iż wprost rasistowskie – tyrady Pastor Wright (rzekło mu się God damm America) odstręczą od niego Białych i umiarkowanych wyborców, utwierdzą w niechęci do Obamy jego oponentów. Mogą napędzić zatem głosów Hillary Clinton i republikańskimu kandydatowi J. McCainowi. Chyba, że rewelacje Wall Street Journal okażą się po części wyssane z palca, tudzież – jak nie raz bywało – wyprą je z gazet kolejne skandale i wpadki z udziałem pozostałych pretendentów do Białego Domu. To zależy od biegłości speców od czarnego piaru.