Zbojkotować igrzyska w Pekinie mogą sportowcy, nie jadąc do Chin, nie uczestnicząc w uroczystości otwarcia, zakładając opaskę „Wolność dla Tybetu”. Mówią o tym zresztą oni sami, choćby Monika Pyrek . Tu wszystko jest jasne i wymowne.
A co może począć kibic, konsument, obywatel, poza podpisaniem petycji? Nie kupować chińskich towarów? Nie oglądać chińskich filmów?
Jak długo i kto nada spontanicznemu etycznemu odruchowi formę masowej zorganizowanej presji na chińskie autorytarne władze? Tu pojawia się problem, z którym trudno sobie poradzić. Rzadko bowiem kiedy udaje się przekuć emocjonalne oburzenie w coś trwałego. Co zrobić, żeby nie ograniczyć się do biciu piany i dzielenia włosa na czworo?

Zamiast chować głowę w piasek, należy posypać ją popiołem, i przyznać, iż los Tybetańczyków sprowokował także Zachód, który odpuścił sobie troskę o prawa człowieka, ulegając pokusie ubijanie z pekińskim reżimem interesów.
Zachwytowi chińską przedsiębiorczością ulegli ekonomiści, biznesmeni, architekci, ludzie kultury. Chiny uosabiają w powszechnym mniemaniu gigantyczny sukces. Robiąc z nim interesy zbudowaliśmy zależności, które ograniczają możliwość wywieranie na Pekin presji.

Otwarcie Chin na resztę świata, gospodarcza liberalizacja pociągnie za sobą kolejna demokratyczną falę – krwawe wydarzenie w okupowanym od lat 50. Tybecie obnażają kruchość tej tezy.