Przeczytałem dziś o pewnym eksperymencie, nie pamiętam gdzie, lecz ręczę za wiarygodność źrodła (czytałem w zagranicznym netowym serwisie, albo w którejś z naszych gazet).

Oto dzieciom zaserwowano reklamę zabawki, a potem pokazano dwojkę innych dzieciaków: jedno miłe, drugie wredne, lecz z reklamowanym przedmiotem. Z kim brzdące chciały się bawić? Z nieprzyjemnym dzieciakiem. Zrozumiałe, to zabawka zadziałała jako obiekt pożądania.

Czego dowodzi ekperyment? Że od najmłodzych lat jesteśmy interesowni? A może, że reklamowe przekazy urabiają nam osobowość, uniemożliwiąc właściwą ocenę sytuacji? Bo wszak, jaki pożytek ze znajomości z upierdliwym podwórkowym kolegą, jeśli znudzi nam się jego zabawka?

Myślę sobie naiwnie, że permanentną reklamową inwazję na nasze zmysły, przyszłe generacje będą powszechnie i nie jak teraz – bez prawnych dla twórców reklamy konsekwencji – oceniać w kategoriach metalnej opresji, ugruntowującej stan niewolniczej alienacji.

Pragniemy tego, co spełnienia w żadnej mierze przynieść nie może – z założenia ma podsycać pragnienie posiadania jeszcze więcej – nijak więc ilość nie może dać nowej jakości. To coś w rodzaju zabójczej dialektyki. To pachnie katastrofą.