Staruszek John McCain (ma myspace’wy profil), czarnoskóry Barack Obama, a może wypadająca z gry, do bólu ambitna Hillary Clinton? W tym gronie rozegra się walka o Biały Dom. Nie oznacza to jednak – jak sugerują medialne relacje – iż tylko ich troje stanęło w prezydenckie szranki.


Fakt, na głównym placu boju starły się potężne obozy: Demokratów i Republikanów. Poza ringiem tkwi Partia Libertariańska (istnieje od 1971 roku), która zwykła podbierać Republikanom ułamek zorientowanych konserwatywnie wyborców.


Partia Libertariańska postawiła na republikańskiego senatora Boba Barra. Mniej państwa, więcej indywidualnej wolności, ochrona granic i restrykcyjna polityka emigracyjna, wreszcie , izolacjonizm – to libertariański kanon, który promuje, bez szans na wygraną, senator Barr.


Część radykałów wyczulonych na kwestie ochrony środowiska i socjalne zagłosuje pewnie na Ralpha Nadera. Jest postrzegany jako bardziej antyestablishmentowy niż główni pretendenci królujący w tv, niż porywający młodych Barak Obama.


Nader i Barr nie mają wielkich pieniędzy, nie sprzyjają im mainstreamowe media, nie stoi za nimi wpływowe waszyngtońskie lobby. W wyborach przepadną z kretesem. I może dlatego śledzący każdy szmer, każdą plotkę dochodzącą z prezydenckiego pola boju The Huffintgton Post nie uwględnia ich nawet w swoim horoskopie.