Skokami – przez ocean – zbliża się ku nam recesja. A katastrofę (?) nieuchronną (?) przyśpieszają rosnące w obłędnym tempie ceny paliwa. Stąd apele o oszczędną jazdę. Nie mam samochodu, lecz konsumuję wszelakie dobra, więc wzrost cen uderzy mnie po kieszeni.

Może w perspektywie kilku lat znów wylądujemy na zasiłku, a optymizm stanie się towarem deficytowym?

Oczywiście niby wszystko jest w porządku, któż w tak piękną majową pogodę przejmowałby się Kasandrą. Chociaż w roli tej znalazł się na chwilę medialny potentat Rupert Murdoch, wieszczący trudne czasy dla światowej gospodarki. Dlaczego nie wierzyć facetowi, który ma łeb do interesów?
***
Phil Toledano jakby na powitanie gospodarczej dekoniuktury dokumentuje biurową przestrzeń po bankrutach: tych przebojowych biznesmenach, rzutkich menadżerach w nienagannych garniturach, którzy w popłochu poszli z torbami.

Zagracone boksy, pokoje, bez żywego ducha. W kubkach niedopita kawa, na stołach niedoczytane gazety, pod biurkami porzucone maskotki. Czy tak będą wyglądać biura koncernu Google?

O dziwo, oglądając zdjęcia, jakoś nie robi mi smutno, lecz raźniej na duchu. Mówię to będąc poniekąt samemu uwikłany w biurowy kierat. Ale ten bajzel i rozgardiasz widziany z perspektywy, którą proponuje Toledano staje się taki banalny i nieważny. Pocieszające.