Ten oczywisty boom na brudne rockowe granie ma tyle wspólnego z oryginalnością i buntem, co t-shirt: „rebel”. Zero autentycznego wkurwienia, chyba, że z powodu jakości nadruku.
Sporo alternatywnych kapel, cieszących się uwielbieniem fanów, ma tyle popularności, ile zawdzięcza naszej ingnorancji. Nie znamy korzeni, więc kupujemy w ciemno. Dajmy na to kopiący prądem The Raconteurs, gwiazda open’era. Fajne, ale to tylko podretuszowana staroć. Dobrze, że się tego nie wstydzą.
Niepozorny facet w grubych okularach, w opętańczym tempie szarpiący struny kwadratowej gitary. I jakby szaleństwa było mało, mierzący gryfem w fallicznym geście w tłum popiskujących ludzi. On brał publiczność we władanie w szamańskim, orgiastycznym geście.

Zaczęło się w latach 50. Ameryka, kraj ostrych podziałów rasowych u progu obyczajowych przemian, hippisowskiej rewolty i psychodelii. Niewiele wówczas było dozwolone. Wiele więc można było rozwalić.
Takim chojrakiem był Bo Diddley. Za młodu uczył się gry na wiolonczeli. Potem boksował. Stąd artystyczny pseudonim. Chadzał różnymi ścieżkami. I walk 47 miles of barbed wire. I use a cobra snake for a necktie – śpiewał w „Who Do You Love”. To jemu Rolling Stonesi zawdzięczają zadziorne, chuligańskie brzmienie.

Bo Diddley zmarł 2 czerwca, dożywszy prawie 80-tki. Za „nieobyczajne zachowanie” podczas programu tv w 1955 roku dostał 10 letni szlaban na telewizję. Wyobraźmy sobie z tej perspektywy „wybryki” naszych gwiazd. Czy jesteśmy już tak zobojętniali i wyzwoleni, że nic nas nie rusza i nie intryguje, czy też demoralizacja Dod, Wojewódzkich, Cejrowskich, Maleńczuków, przy ekscesach Bo Diddleya oraz mu podobnych nie mających wiele do stracenia piekielnie uzdolnionych narwańców-prekursorów, to zabawa przedszkolaków w piaskownicy? A może nasze gwiazdy kalkulują, że co za dużo to nie zdrowo, bo szlag trafiłby karierę i wylądowałyby w medialnej czarnej dziurze?