Zwykle latem nadarza się okazja ucieczki od zgiełku, tłumów, od pośpiechu nadwyrężającego nerwy. Ucieczki w głuszę, w otwartą przestrzeń…
Wyobrażam sobie ten stan rozciągnięty w rok cały i dłużej. W konsekwencji wyobrażam sobie też glob bez ludzi.
Akurat niezmierzone pokłady nieroztropności, ignorancji i głupoty skracają dystans dzielący dystopijną wizję od paranaukowego scenariusza, który kreślą niektórzy specjaliści śledzący obecne trendy i zjawiska.
James Martin opublikował w 2006 roku książkę The meaning of the 21st century– rzecz u nas niedostępną, jakby na peryferiach świata, jego bolączki były iluzoryczne. Książka zawiera listę zjawisk o apokaliptyczny niemalże potencjale. Miejsce pierwsze James Martin przyznaja globalnemu ocieplenie. Dalej są:
  • przeludnienie
  • brak wody
  • niszczenie oceanicznego życia
  • klęska głodu w krajach niedorozwiniętych
  • pustynnienie
  • pandemie
  • skrajne ubóstwo
  • masowe migracje
  • akty terroru z użyciem broni masowego rażenia
  • ekstremizm religijny
  • niepohamowany postęp w dziedzinie inteligencji komputerowej
  • wojna nuklearna
  • nowa Era Ciemności
  • eksperymenty naukowe
Z perspektywy peryferyjnego kraju i społeczeństwa zabłąkanego gdzieś na ścieżce ekonomicznego rozwoju, które ma niewiele do powiedzenia o swoich ponadjednostkowych aspiracjach, i równie pogubionych elit, (zainteresowanych raczej trwaniem i konserwacją mentalnego status qou niż patrzeniem w przyszłość) powyższa lista wydaje się zahaczać o banalne s-f.

Oglądając filmy National Geographic staram się dostrzec w nich coś więcej niż tylko formalną wirtuzerię i wyobraźnię autorów. Dostrzegam cień trwogi i fascynacji, może i przeczucie, iż dochodzimy do kresu. Optymizm gdzieś wyparował, nawet z pop kultury.