Jeśli nie mogę tańczyć, to nie jest moja rewolucja – mawiała Emma Goldman, czołowa postać anarchistycznej rewolty. To były pierwsze dekady XX w. Ciekawe, czy broniłaby tej błyskotliwej myśli w czasach popkultury?
We Wrocławiu porywający koncert dał Manu Chao, który nie obraża się, gdy media tytułują go idolem alterglobalistów. Choć określenie „idol” może irytować kogoś, kto sam walczy z idolami, jako altergobalista.

Z tymi ostatnimi jakoś we Wrocławiu się nie spotkał, zresztą oni pewnie też nie mieli tego w planach, a nawet gdyby i tak na straży prywatności Manu Chao stali wynajęci ochroniarze.

Dla blisko 8-tysięcznej publiczności nim zauroczonej zgrzyt między wizerunkiem, a chropowatymi realiami szołbiznemu stanowi, co najwyżej, nieistotny detal. Czyż nie liczy się tylko muzyka?
Manu Chao nikt nie odmawia talentu, charyzmy, spontaniczności. Lecz nie da się też ukryć, iż zamiast spontanicznej fiesty zaserwował we Wrocławiu potężną produkcję: nieodzowny element popowej rywalizacji o uwagę rozpieszczonej i wybrednej publiczności. I może dlatego wolę od plenerów klubowe wydarzenia, gdy zamiast ochroniarza i metalowego parkanu mam – na wyciągnięcie dłoni – artystę i mogę mu spojrzeć w oczy.