Barack Obama i Hilary Clinton kolażowo pojednani śmieszą. Cykl Roniego Englisha, w którym czarnoskóry polityk – poddany street artowej obróbce – upodobnił się do Abrahama Lincolna mówi wiele o nadziejach i oczekiwaniach liberalnej Ameryki, mającej dosyć panoszenia się ekipy Busha.

W tym całym hypie wokół Obamy jest i polski akcent, zdecydowanie najmocniejszy. Oto, co Peter Fuss pokazał we Wrocławiu.

Fuss zawsze siał ferment, tu przestrzegając – moim zdaniem – przed idealizowaniem polityki. Bo demokratyczna retoryka ukrywa grę nieczystych i niejawnych interesów; polityczna praktyka bazuje na arsenale makiawelicznych metod. Nie dość wspomnieć, że przywołany przez Englisha A. Lincoln zginął w zamachu…
Stąd wyliczanka atrybutów USA nie może skończyć się na google, ipodzie, microsoft, statule wolności, coca-coli, fast foodach, przemyśle porno i Hollywood.
USA to również macierz fundamentalistycznego rasizmu, apokaliptycznych sekt, Ku Klux Klanu, narwańców z ultraprawicowej milicji marzących o wyrwaniu bogobojnego Południa z łap „kumunistyczno-żydowskiego” waszyngtońskiego lobby.

„Who killed Barack Obama” wisi na fasadzie BWA Awangarda, mijany przez zobojętniałych przechodniów, ale o akcji Fussa pewnie zrobi się głośno w necie.
Fuss jest jednym z bohaterów genialnej, w moim odczuciu, prezentacji: „Artyści Zewnętrzni”. To, zdaje się, pierwsza tak szeroko zakrojona wystawa z udziałem przedstawicieli międzynarodowego urban art-u. Jest w tym gronie Blu: dnie całe tkwił na podnośniku i pozostawił we Wrocławiu dwa muralia. Poniżej jeden w trakcie tworzenia.

A tu kolejny, już gotowy na Wyspie Słodowej.

Na wystawie prezentuje się również Remed. Soczyste i energetyzujące, naładowane ironicznymi treściami obrazy może będą częściej pokazywane we Wrocławiu…



Zaryzykuję tezę, że z kolei Samuel Francois, (jak się okazało miał we Wrocławiu dziadków) także rozwinie swoje skromne polish connection.

Londyński PMH w manierze buzującego anarchiczną energią punka, biegając boso, pomazał i pozaklejał kilka galeryjnych ścian. Podobno propozycję „mazania” złożyła mu Tate Gallery.

„Tamilski tygrys” to niezły kontrapukt do psychodeliczych „cute” objectów Flying Fortress.


I na deser perswersyjna tapeta z gwiazdą parszywych tabloidów, które parszywym Fritzem się i fascynują i brzydzą.

Całą listę twórców zaangażowanych w projekt ukaże się po paru kliknięciach tu. Gorąco polecam.

Na koniec gram prywaty. Nasz wrocławski odprysk Niewidzialnego Miasta też miał swoją odsłonę w przestrzeniach bwa.