Skąd prawidłowość, iż z każdą kolejną płyta bywa gorzej? Że w stan ekscytacji wprawiają najwyżej 3-4 albumy, potem artysta odcinając kupony od sławy serwuje nam powtórki, połyka własny ogon. Wena znika, spontaniczność ginie, nie ma śladu po młodzieńczej brawurze, wkrada się manieryczność i rutyniarstwo. Dlaczego niektórym brakuje dojrzałość, aby skończyć, gdy przyjdzie właściwa pora?

Po jakiego czorta – podam przykład – istnieje Metallica? Oglądam The Day That Never Comes”, nowy klip ex-mocarzy heavy metalu, który zapowiada album „Death Magnetic” i mam wrażenie, że im nie chodzić o radość grania, ani o czającą się gdzieś w tytule płyty wściekłość, gniew, anarchiczną frustrację.
Metallica chce tkwić na rockowym firnamencie z determinacją urzędnika państwowej instytucji, który wmawia reszcie, że jest niezbędna; po prawdzie, jest niezbędna tylko sobie.
Panowie, czas zwijać kable. Na spalenie gitar raczej was nie stać,

Szamańskie opętanie Hendrixa unieważnia pytania, po jakie licho on to robi. Pierwotna dzika eksresja, ofiara całopalna, wartość sama w sobie, które nie domagają się uzasadnienia. Niestety, żeby to poczuć, trzeba się cofnąć do lat 60.