Skąd prawidłowość, iż z każdą kolejną płyta bywa gorzej? Że w stan ekscytacji wprawiają najwyżej 3-4 albumy, potem artysta odcinając kupony od sławy serwuje nam powtórki, połyka własny ogon. Wena znika, spontaniczność ginie, nie ma śladu po młodzieńczej brawurze, wkrada się manieryczność i rutyniarstwo. Dlaczego niektórym brakuje dojrzałość, aby skończyć, gdy przyjdzie właściwa pora?

Po jakiego czorta – podam przykład – istnieje Metallica? Oglądam The Day That Never Comes”, nowy klip ex-mocarzy heavy metalu, który zapowiada album „Death Magnetic” i mam wrażenie, że im nie chodzić o radość grania, ani o czającą się gdzieś w tytule płyty wściekłość, gniew, anarchiczną frustrację.
Metallica chce tkwić na rockowym firnamencie z determinacją urzędnika państwowej instytucji, który wmawia reszcie, że jest niezbędna; po prawdzie, jest niezbędna tylko sobie.
Panowie, czas zwijać kable. Na spalenie gitar raczej was nie stać,

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=_Wt12fRoCOY&hl=en&fs=1]

Szamańskie opętanie Hendrixa unieważnia pytania, po jakie licho on to robi. Pierwotna dzika eksresja, ofiara całopalna, wartość sama w sobie, które nie domagają się uzasadnienia. Niestety, żeby to poczuć, trzeba się cofnąć do lat 60.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=8AZb9_1sDms&hl=en&fs=1]