Mamy swoje pięć minut w światowych mediach. Nie w newsach sportowych, ani politycznych, lecz w kronice kryminalnej i tabloidach. Na owe pięć minut „zapracował” domniemany ojciec-zwyrodnialec (nie wydano jeszcze wyroku) i zapracowała ludzka obojętność, strachem podszyta. Trudno inaczej oceniać, jeśli słyszy się takie słowa:

Nikomu nic nie mówiłam, bo byłam zastraszana przez męża. Co miałam zrobić? Po prostu się z tym pogodziłam.

Tyle matczynej troski o los dziecka, które latami miał gwałcić i więzić ojciec.
Media nazwały podejrzanego „polskim Fritzlem”, osadzając dramat z zapadłej prowincji w światowym kontekście. Tak oto nasz Fritzl ma do pary zwyrodnialca ze spokojnej, po mieszczańsku urządzonej Austrii.

Zatem mamy swoje absurdalne pięć minut, ja wolałbym bezterminowy stan alarmowy; dotknęliśmy wierzołka góry lodowej, a może zeszliśmy kolejny stopień do piekła. Tajemnicą poliszynela jest bowiem, że podobnych przypadków było i jest bez liku.
Jakże fałszywe wydaje się przekonanie, iż to jednostkowy dramat, epizodyczne odstępstwo od normy. Nie opuszcza mnie wrażenie, że normą jest obyczajowa zmowa milczenia, nawyk prania brudów w czterech ścianach i zamiatania ich pod dywan. Więc, jeśli nawet z domów dociera wołanie o pomoc, to wolimy go nie słyszeć. A jak już słyszymy, to za późno i wtedy politykom pozostaje tylko głosić chwytliwe hasło: kastrować.

***

Nie sądziłem, że instalacja prezentowana tego lata we wrocławskiej „Awangardzie” będzie tak aktualna.