Raczej nie powstanie ani genialny film, ani gniot, olany przez widzów, zniszczony przez krytyków. Lada dzień zaczniemy składać gratulacje obrońcom wysokiego tonu w sztuce, narodowej apologii, bezgrzesznego heroizmu, którzy prewencyjnie podnieśli larum oburzeni skandalicznym scenariuszem filmu „ Tajemnice Westerplatte”.

Zapanował u nas – oby na chwilę – klimat politycznej poprawności w dziwnym polskim wydaniu: nie tykajmy niczego, co przynależy do patriotycznego imaginarium i czego reinterpretacja, artystyczna parafraza, może wywołać święte oburzenie całkiem licznych strażników obowiązującej prawdy; tych stażników mniej obchodzi, że owa prawda bywa dla współczesnych jałowa, pozbawiona frapujących szczegółów, przez to nazbyt posągowa, w pewnym sensie także mglista i odległa. Ważne, żeby ją trzymać w przykurzonych gablotach, a nie tchnąć w nią życie. Nie ważne, że mało kogo inspiruje.

Za filmową scenografię filmu odpowiadać miał Allan Starski, za muzykę, nasz drugi oskarowy twórca, Jan A. P. Kaczmarek. Klimatem produkcja miała nawiązywać do przejmującej „Cieńkiej, czerwonej linii” Mallicka. Te nazwiska zginęły w medialnym tumulcie.
Jeśli nawet twórcy filmu zapędzili się cynicznie i luzacko (dla filmowej draki i dla zysku) przeinaczając fakty, nie można zapomnieć, że to wojna sama w sobie jest skandalem. I żaden szczytny cel – zwłaszcza obrony narodowych mitów — nie powinien usprawiedliwiać ukrywania tej prawdy.