Autor takiego poradnika zarobiłby kokosy. Ekspresowe tempo z jakim tabloidy oraz tv namnażają (jak bakterie) i uśmiercają gwiazdy każe przypuszczać, że szołbiznes ma wymiar przemysłowy. Trzeba biegłości, aby dostać się na top i niczym King King na szczycie drapacza chmur zdążyć wyeksponować swoje „walory”, nim zwalą gościa w dół.
Z drugiej strony nie ma co się łudzić, odniesienie sukcesu zależy od powielania wzorców.

Osoba aspirująca do roli celebryty musi się wykazać odpornością na żenadę, która jest jej udziałem. Celebryta u jednym budzi uwielbienie i fascynację, równocześnie u innych zniesmaczenie, tudzież zazdrość i nienawiść. Wszystkie skrajne reakcje są ważne. Bez nich nie jest się pełnowartościowym towarem. To się nazywa nowocześnie: elastyczność.

Warto publicznie rżnąć głupa. W końcu, budzenie politowanie też ma pewną rynkową wartość. Choć skandal stoi wyżej. Gdy o skuteczność chodzi, nade wszystko opłaca się dostać rolę w serialowym tasiemcu. Najlepiej o miłości z parafią w tle lub szpitalem. Wystarczy epizodzik, by do akcji wkraczyły tabloidy i namaściły na gwiazdę wielgachnymi tytułami i zrobionym rzekomo z ukrada zdjęciem. Dla wzmocnienia oddziaływania należy koniecznie ucznić prywatne wydarzenie – ostatnio w modzie są wesela – scenarią dla product placement. Zysk podwójny.

To wszystko wypali pod warunkiem, że wykażemy się zasadniczą cechą: brakiem skrupułów oraz przekonaniem, iż ludzie-debile wszystko łykną. To pozwala wytrwać w poczuciu, że koniec końców, jest się górą.