Robi się dramatycznie. O staczaniu się USA do poziomu peryferyjnego i nieprzewidywalnego państwa pisze całkiem przekonywująco na łamach Vainty Fair Christopher Hitchens. Rzuca przykład:

Jeśli USA nie przetrwają finansowego tsunami, to przeistoczą się w republikę bananową, której mocarstwowym atrybutem pozostanie broń jądrowa.
Trudno oczekiwać, żeby bantustan wywiązywał się z roli światowego policjanta, a tym bardziej był dla innych wzorcem do naśladowania.

Chyba warto rozważyć scenariusz o powolnym wyczerpywaniu się możliwości USA oddziaływania na świat za pomocą miękkich wartości.

Zza Oceanu docierają głównie mroczne i niepokojące wieści, a nie ożywczy prąd inspiracji. USA wywiera na świat presję, strasząc swoją własną – o ironio – gospodarczą katastrofą.

Obama – o ile wygra – zmuszony będzie wejść w rolę męża opatrznościowego. Na finiszu kampanii promuje hasło: Change.We can believe in. W istocie tę zmianę wymusza nie wiara, lecz konieczność. To warunek, jeśli USA chcą wyjść z opresji bez przetrąconego na długie lata kręgosłupa.