Można ich słowa uznać za kurtuazję podszytą hipokryzją. Ale jeśli są to słowa tak mało istotne, dlaczego tak trudno przechodzą przez gardło naszym politykom po zakończonych wyborach?

Nasi politycy są pewnie porażeni rozmachem i skalą rywalizacji toczonej przez dwa lata w USA przez potężne partyjne machiny. Trzeźwiejąc, winni sobie uświadomić, że w tej wielkiej batalii kluczową rolę odegrały osobowości obu pretendentów do prezydenckiego fotela.

***

P.S.
Obama jest pierwszym przywódcą ery internetu. Stratedzy Demokratów wykorzystali to narzędzie w niespotykanym zakresie: zbierając datki, mobilizując wolontariuszy i docierając do wyborców z przekazem „zmiany”. I nie chodzi tu bynajmniej o zabawne reklamówki, choć ta poniżej pewnie długo będzie śmieszyć.