Tygodniki na całym świecie obwołają Baracka Obamę człowiekiem roku 2007. To pewne. Rzecz bowiem nie w dokonaniach – na tę chwilę nikłych – lecz w niespotykanej skali rozbudzonych oczekiwań, w tym, jak Obama zawrócił ludziom w głowach, jak błyskawicznie stał się gwiazdą.

W fenomenie Obamy zaciera się różnica pomiędzy polityką, a popkulturą. Jego kampanie wspierał soundtrack: „Yes We Can: Voices of a Grassroots Movement nagrany z udziałem m.in. Sheryl Crowd, Steve Wondera, Kanye Westa. Jeszcze dłuższa jest lista artystów, którzy spontanicznie lub z wyrachowania zaangażowali się w wyborczą agitację.

Lider Radiohead Tom York uczcił zwycięstwo Obamy remixem piosenki ‚Harrowdown Hill’, za darmo dostępnej w Internecie. Czy to agit pop w najczystszej postaci, zasypujący przepaść pomiędzy polityką, a sztuką?

Rodzi się pytanie, czy w kwestii teatralizacji politycznych zachowań powiedziano i wymyślono już wszystko.
Istnienie pokusa, żeby sukces Obamy uznać za zielone światło dla pop polityki w skali globalnej.

Styl miękkiej perswazji i mobilizacji Obama przetestował na sobie, porwał nim miliony, zawdzięcza tej strategii zwycięstwo. Osiem lat nieudolnych i aroganckich rządów Busha oraz neokonserwatystów tak zepsuły USA opinię w świecie, że być może jedyną nadzieją dla nich na odbudowanie globalnej pozycji jest polityka w wersji pop?