Mordo ty moja – gdyby powiedzenie nie zostało zgrane w wyborach, jak ulał pasowałyby do Palikota; niczym wódka do kieliszka.
Poseł wprowadził do polityki klimat nieustającej balangi. Pociesznie rozbrykany i zarazem nieobliczalny jest jak bohater żywcem wyjęty z gombrowiczowskiej groteski.
Nie raz już Palikot obiecywał, że poskromi retoryczny temperament, ale gdzie tam, sam się nie traktuje poważnie. Tym razem na łamach Machiny po swojemu zdiagnozował Lecha Kaczyńskiego. Mała próbka.

On się uważa trochę za cara, trochę za pomazańca Bożego. /…/ On nas ciągnie na samo dno. Nie ma żadnych zahamowań. To jest człowiek taki cyniczny.

-Nie ma cech pozytywnych? Poczucia humoru?

Słabe. Jego w Europie już nikt naprawdę nie traktuje poważnie. Może poza Vaclavem Klausem i Valdasem Adamkusem. Reszta Europy uważa, że zbzikował.

W wywiadzie z Palikotem – ustylizowanym na ekscentyrycznego gentelmena – jest jeszcze o wódce, o miłości do Tuska, o słabym Rokicie. Innymi słowy 100 procent Palikota w Palikocie. Czyż nie jest błaznem z pretensjami do mądrości, błaznem, któremu zamarzyła się rola Stańczyka?