Żenujące kłótnie wokół zagranicznych wyjazdów, taśmowe wetowanie ustaw, nawroty spekulacji na temat antyrakietowej tarczy, mimo że strona amerykańska już raz prostowała: Obama w powyższej kwestii niczego nam nie obiecał.
Dorzucę błahe, lecz kumulujące się w pechowy ciąg kłopoty, które nie przydają Lechowi Kaczyńskiemu splendoru ani poparcia w sondażach. Choćby ostatnio: zamieszanie wokół strzelaniny w Gruzji. Teraz wyjazd do Azji, albo, jak komentują niektórzy, raczej ostentacyjny unik przed odwiedzającym Polskę Sarkozym.(O podróży głośno nie tak, jak życzyłby sobie prezydent, bo gazety skupiają się postoju w Mongolii).


Lech Kaczyński ma ewidentnie pecha. Można śmiało stwierdzić, że nie radzi sobie, że fatalnie dobrał wspópracowników, że pałacowa ekipa ściąga mu na głowę same kłopoty.

Jakie więc są przesłanki, aby uznać, że nagle ciąg wpadek się skończy, fortuna zacznie Lechowi Kaczyńskiemu sprzyjać? Kto i co miałoby taki cud sprawić?

Nie ma żadnych znaków na ziemi i niebie, żeby Lech Kaczyński – ten, którego dobrze znamy – mógł zaskoczyć i skutecznie powalczyć o reelekcję. Zatem jeśli nie on, to kto? Czy politycy PiS dojrzewają do rewolucyjnej decyzji, że czas postarać się o personalną alternatywę?