Jestem świeżo po lekturze tekstu Johna Robba: „The comming urban terror”.Tytuł mówi sam za siebie. Mocne.

John Robb jest ekspertem od terroryzmu, miejskiej partyzantki i globalnego bezpieczeństwa. Na chłodno kreśli scenariusz nieodległej przyszłości, w której kluczową rolę odegra rozproszona międzynarodówka terrorystów, gangów, mafii, siejących chaos w metropoliach, ustanawiających w miejskiej dżunglii własne konfliktogenne porządki.

Robb nie wiąże erupcji przemocy głównie ze wzrostem – obecnie tak akcentowanego – religijnego fundamentalizmu, lecz czynnikami, które ja nazwałbym strukturalnymi i logistycznymi.

Po pierwsze, większość ludzi żyje w miastach, więc jest zależna od scentralizowanych sieci np. elektrycznej, wodociągowej, komputerowej. Współczesne metropolie łatwo sparaliżować; mają wrażliwe na uderzenie węzłowe punkty.

Po drugie, globalny ład trwa dzięki swobodnemu przepływi informacji, kapitału oraz przemieszczaniu się ludzi. Ale ten „przepływ” i sieciowość tworzą doskonale warunki dla autonomicznych przestępczych efemeryd. Mając dostęp do najnowszych technologii (internet, telefony komórkowe) są zdolne uderzać nieoczekiwanie, siać panikę i zniszczenie. Stają się konkurentem dla narodowego państwa, które nie ma wystarczających narzędzi, aby radzić sobie z globalnym wyzwaniem. Tym barrdziej, że struktury państwa trawi od środka finansowy kryzys.

Przykład Iraku pokazuje, że stan wyjątkowy nie jest antidotum, lecz stanowi część problemu. Represje eskalują przemoc, rozbijają społeczeństwo i zamiast neutralizować radykałów mobilizuje rzeszę kolejnych, którzy ściągają do Iraku z różnych stron.

John Robb nie koncentruje się na tym oczywistym przykładzie „urban terror”. Pisze również o pladze gangów w Ameryce Łacińskiej (sprawują kontrolę w wielu miastach) oraz ich ekspansji w USA.

Przypomina o somalijskich piratach oraz cyberterrorystach. Jego zdaniem kwestią najwyżej dekady będą ataki bioterrorystyczne. Rozwój biotechnologii sprawia, że i terroryści wejdą w posiadanie zabójczych patogenów. W dobie międzykontynentalnych lotnicznych podróży wywołanie epidemii jest dla nich zadaniem-pestką.

Bandyci, którzy dokonali masakry w Bombaju korzystali z telefonu satelitarnego, maili, komórek. Indyjskie służby policyjne nowoczesnych środków komunikacji były pozbawione. Byłem zaskoczony, gdy przeczytałem, że szef jednostki antyterrorystycznej w Bombaju był wśród pierwszych ofiar terrorystów. Jak to możliwe? Prof. Edward Luttwak wyjaśnia: pechowy oficer był nieprzeszkolonym do walki w mieście dochodzeniowcem , stał na czele 35-osobowej formacji, z której feralnego dnia tylko 15 policjantów było na służbie; w Bombaju liczącym 19 mln mieszkańców!
Co może uchronić nas przed potworniejszym w skutkach bliźniaczym scenariuszem?
Rzecznicy chwiejnego status quo będą optować za wzmocnieniem służb policyjnych i struktur państwa.

John Robb sugeruje decentralizację miast. Wizja rozproszonego urbanistycznego porządku (ogranicza wpływ aktów terroru) szczególnie przemawia do wyobraźni. Pozbawiona wyraźnego centrum przestrzeń, skupiska nastawione na autarkiczne pozyskiwanie energii. To przeciwieństwo okablowanych i najeżonych kamerami molochów, zamienionych w niedostępne twierdze, niczym zmilitaryzowana zielona strefa w Bagdadzie. Obie wizje wydają się odległe. Ale boję się, że w końcu trzeba będzie wybrać.