PSL popychany niezrozumiałym dla mnie impulsem bierze się za duperele: chce prawnie rozstrzygać, kto może się zajmować aktorstwem, a kto tego zaszczytu dostąpić nie może. Nie wystarczy talent, pasja, ani test z popularności. Musi być koniecznie dyplom.
Do projektu ustawy przyłożyli rękę ci, których trwogą napawa medialna inwazja naturszczyków i amatorów spijających śmietankę sławy. Nic to, że peeselowski pomysł dbania za pomocą ustawy o artystyczną głębie pachnie groteską. Jego orędownik tłumaczy:

Myślał kto, że wystarczy aktora-nieudacznika po prostu nie oglądać i tym dać mu do zrozumienia, że jest zbędny. Niestety, nie obejdzie się jednak bez sejmowej debaty. Posłów mogę nie oglądać, ale i tak oni robią swoje.

Dodatkowej groteskowości dodaje kontekst: Platforma toczy boje o pomostówki, boksuje się z prezydentem, zabiega o względy lewicy, a ludowcy – jakby zaczadzeni – wyskakują z pomysłem rodem z peerelu, z pomysłem, który sytuuje ich mentalnie w tamtej epoce. Na inne inicjatywy, jak widać, ich nie stać.

Korporacje spięte więzami bezwarunkowej lojalnoścI, zbudowane wokół branżowych interesów, nieprzejżyste, są zmora kraju. Prawnicy, lekarze, komornicy, notariusze, i kolejna kasta na horyzoncie, czyli aktorzy.
Strach pomyśleć, że niedługo przyjdzie pora blogerów i jacyś rozkochani w paragrafach osobnicy zaczną kneblować i kwestionować internetową anarchiczność. Będą weryfikować, egzaminować, pobierać opłaty , wyznaczać abonamenty i dbać o standardy.