Jest nam dobrze, jeśli wierzyć sondażom. Cieszmy się więc statystycznym optymizmem dopóki trwa rok 2008.

Jego finisz zwieńczymy na wesoło, z fejerwerkami włącznie. We Wrocławiu miejski sylwester z Dodą i Modern Talking kosztuje grubo ponad milion złotych. Kolejne 12 miesięcy nie zapowiada się tak różowo.


Nawet media, którzy robią interesy na podkręcaniu emocji (a ich katalizatorem jest właśnie kryzys) szykują się na cięższe czasy.
Agora chce zwolnić kilkaset osób. W ślad za nią pójdą kolejne firmy.

Bezrobocie to najdotkliwsze oblicze gospodarczego załamania. Kolejnym spektakularnym symptomem są zamieszki. W komentarzu na temat trwających od tygodni ateńskich rozruchów analityk polityczny Robert Kaplan ostrzega:

W oswajaniu się z tym scenariuszem niech pomogą dramatyczne zdjęcia z Aten.
Czy eskalacja kryzysu doprowadzi do powtórki greckiego scenariuszu w innych krajach? Wszystko zależy od stopnia desperacji.

Prof. socjologii Sudhir Venketesh pytając, dlaczego załamanie gospodarcze nie wyprowadziło Amerykanów na ulice, wskazuje kilka przyczyn.

Amerykanie są zatomizowani, masowa ipod-zacja stan „rozdrobnienia” konserwuje. Katalizatorem społecznego wrzenia są bezposrednie kontakty w sferze publicznej, a od nich i-pod generation najwyraźniej stroni.

Zresztą rosnący lęk i obawy zwykło się redukować farmakologicznie. Że jest to zjawisko masowe świadczą zyski koncernów farmaceutycznych. Istotna jest także niemożność wskazania wroga. Kogo i jakie cele – uznając je za źródło i zarazem za symbol problemów – mieliby demonstraci atakować? Brak zgodności w tej sferze oznacza brak protestów.

I na na koniec pętla kredytowa, a dokładniej konieczność spłacanie rat. Póki jest się w stanie podołać finansowym zobowiązaniom, można się łudzić, iż nie wszystko stracone. Desperacja ustępuje pola nadziei. Na ile iluzorycznej, przekonamy się w 2009 roku.