Dopingowani przez media urzędnicy celni i skarbówki wzięli się za dopalacze i zaaplikowali sklepom, które sprzedają specyfiki, zmasowane kontrole.
To informacje sprzed kilku dni. Teraz w sejmie znajdzie się ponadpartyjna i zgodna większość, która zagłosuje za zaostrzeniem prawa. Politycy wkrótce odtrąbią sukces, a problem zniknie, aby pojawić się za czas jakiś w innej formie.

Zastanawiam się, jak daleko powinna sięgać ingerencja prawa i jak dalece determinować podział na to, co można zażywać, a czego nie, pod karą grzywny lub – jak to się dzieje coraz częściej- więzienia.
Nie mam jednak wątpliwości, że kurs na zaostrzenie prawa jest dowodem klęski edukacyjnej: na poziomie rodziny i na poziomie szkoły.
Myśląc, jak selektywna jest światowa batalia antynarkotykowa (alkohol i tytoń są legalne) przychodzi mi do głowy kolejne spostrzeżenie: obie strony batalii dobrze wiedzą, że końca ona mieć nie może, że to zabawa w kotka i myszkę. Zmieniają się uczestnicy, a zasady poddane drobnym retuszom, są te same. Politycy demonstrują troskę, oburzenie, nie ustają w zapewnieniach, że coś z tym fantem zrobią i mają ku temu wolę. A na rynku – zwykłym i tym czarnym – pojawią się coraz to inne specyfiki, mniej lub bardziej legalne, mniej lub bardziej szkodliwe. Pokusa krociowych zysków napędza chemiczną inwencję i nie ustępuje pola egzekutorom coraz surowszych i drobiazgowych przepisów.
Czytając Boston Globe dowiedziałem się, jak zafundować sobie psychodeliczne halucynacje za pomocą radia i piłeczki ping-pongowej. Autor tłumaczy, że nie rzecz w specyfikach tylko w tym, jakie figle płata nam głowa. Tego zakazać nie można i to jest dopiero problem.

***
Oto jak w halucynacje brnęli redaktorzy sieciowego magazynu Flavorwire.