Gospodarczy zamęt wywołuje rewolucję w głowie. Oto Barack Obama chce pobudzić ledwo dyszącą gospodarkę wpompowując w nią (przez dwa lata) ponad 800 mld dolarów. Oznacza to, że zgadza się na dodrukowanie pieniądzy; tych roztrwonionych przez banki.
W lewicowej prasie amerykańskiej powszednieją opinie, wedle których najwyższy czas, aby rząd USA ratował finanse nacjonalizując sektor bankowy.

U nas premier Tusk nie idzie śladem Obamy, lecz apeluje (wskazując przede wszystkim na swoich ministrów) o zaciskanie pasa i szukanie oszczędności. Opozycja swoim zwyczajem bije na alarm.

Tymczasem Mołdawię (przeciętna pensja wynosi 250 dolarów, większość obywateli żyje na wsi) zagraniczny magazyn „Banker” zalicza do piątki krajów o najstabilniejszej gospodarce. Co nie znacza, że uznaje ją tym samym za wzorzec do naśladowania.

Z takich informacji trudno wyłowić wspólny przekaz, a jeszcze trudniej o jakiekolwiek wniosek. Może poza tym, że ekonomia nie jest nauką, a człowiek dowiaduje się poniewczasie, że dokonał racjonalnego wyboru lub jeszcze częściej wyszedł na głupa.