Bezradność – to chyba trafna recenzja oszczędnościowych poczynań rządu. Bo tnąc teraz wydatki premier się przyznał, że jesienią gdy na świecie kryzys nabierał rozpędu, rząd bronił projektu budżetu rozdętego ponad miarę, który groźbę gospodarczego tsunami ignorował.
Warto zauważyć, że premier w ogóle nie wytłumaczył, dlaczego domagał się od ministrów cięcia wydatków na poziomie 10 procent, a nie na przykład 5 albo 12 procent. Nie wyjaśnił też dlaczego mamy stawiać znak równości pomiędzy „równo” a „sensownie”.
Skąd ta skwapliwość w ogłaszaniu sukcesu: znalezienia więcej niż 17 mld złotych oszczędności?
Czy to sukces, okaże się za kilka miesięcy po opublikowaniu danych na temat poziomu inwestycji, zatrudnienie oraz wzrostu PKB.
I jeszcze jeden drobiazg. Przyznam, że dziwi mnie pasja z jaką premier wziął się za oszczędzanie w resorcie obrony i dał temu publiczny wyraz. Po spotkaniu Klichem Tusk oznajmił:

Jeśli premier ma kłopoty z ministrem to powinien go zwolnić, a nie słać sygnał, że relacje między nimi są trudne. Sprawił tylko prezent opozycji.
Szkopuł w tym, jeśli na misji w Afganistanie zginą kolejni żołnierze (oby nie) i gdy znów pojawią się zarzuty o przestrzałym lub słabym wyposażeniu armii, ktoś to imadło premierowi wypomni.
***

Przyjmując plan oszczędnościowy polski rząd wybrał drogę, która wyraźnie różni się od metod walki z kryzysem gospodarczym przyjętych przez wiele innych państw – to za „GW” dziennik „Frankfurger Allgemeine Zeitung”.