Były wznoszone z rozmachem i brawurą przez bajecznie bogatych szejków. Z każdym drapaczem chmur Dubaj rósł i stawał się potężniejszy. Już uznano go za miasto przyszłości. Ale przyszedł kryzys i rozwiał ambitne wizje. Wiele inwestycji w Dubaju wstrzymano. Place budów opusztoszały, odżyły analogie z pustynią.
Czytam w „New York Times”, że na parkingu przed portem lotniczym w Dubaju porzucono 3 tysiące samochodów. Ich właściciele, obcokrajowcy, byli pierwszymi, w których uderzyła kryzysowa fala. Potracili prace, potem wizy, więc uciekli do siebie. W Emiratach łatwo za długi wylądować w więzieniu.

Ceny nieruchomości niedawno windowane w górę, spadają na łeb na szyję. Spadki sięgają 30 procent. Nowojorska gazeta przytacza opinie miejscowych, że na budowanych sztucznych wyspach Palm Islands łatwiej natknąć się na karaluchy, trudniej spotkać zagranicznych robotników .
Choć rząd dementuje i urzędniczym trybem uspokaja, widok pustoszejącego miasta robi swoje i wzmaga niepokój. Aby ubiec panikę władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich wprowadziły drakońską grzywnę (do 272 tys. dolarów) za rozpowszechnianie informacji szkodzących gospodarce.
Czy uciekając przed gospodarczą katastrofę bliżej nam do stanu wyjątkowego?
Poza tym, co zrobić z trzema tysiącami aut, które pokryte kurzem kłują w oczy i straszą niczym cmentarz?
****
Will Dubai’s Urban Development Survive the Recession?