Zbliżają ludzi, aktywizują, dają wrażenie, iż świat jest bliższy – ta garść argumentów za korzystaniem z serwisów społecznościowych i mikroblogów brzmi sensownie i trzyma się kupy. Jeden warunek: netowe relacje muszą znaleźć dopełnienie w świecie realnym. Inaczej „tkwienie” przed komputerem dowodzi niepokojącej alienacji.

Po jakie licho niektórzy mają setki, tysiące znajomych na naszej klasie, mając zerowe szanse albo zerową ochotę zadzierżgnąć prawdziwe kontrakty? Już lepiej zbierać znaczki lub pudełka po zapałkach.

Nie trzeba być bystrym aby zauważyć, jak wiele w tym jest picu i przesady. Przypomina to rodzaj banki spekulacyjnej. Rynek nieruchomości, kredytów, jeszcze wcześniej branża internetowa. Ktoś w końcu rzuci hasło „sprawdzam” i okaże się, jak niewiele jest to wszystko warte, że za atrakcyjną fasadę czai się pustka.

Trzeźwo i przekonywująco brzmią argumenty Marka McKinnona. Związany z republikanami strateg i doradca pisze na stronie Daily Beast.

Everyday I am being told to sign up for Tumblr, Yammer, Friendfeed, Plaxo, Last.fm, ping.fm or the hot social media tool du jour that happened to get mentioned on Mashable.com. It is like a social media arms race. Each one of these “new” tools is like a cool new night club. Hot today, gone tomorrow, replaced with something else.

Wszystko byłoby ok, gdybym nie fakt, iż link do tekstu podrzucił niestrudzenie ciekawy świata mój znajomy z MySpace.