To dobra wiadomość. Bez Devo – pionierów pastiszowego synth-punka i new wave – muzyka byłaby zdecydowanie uboższa. Zaliczywszy sprawdzian w postaci serii koncertów Devo (dziś panowie w podeszłym wieku) wydają, bodajże pierwszą od 19 lat, płytę.

Swego czasu – na przełomie lat 70/80 – wnieśli do alternatywnego obiegu porcję świeżości i nader oryginalne traktowanie kultury pop. Gdy anarchiczny punkowy duch przeżywał swoje apogeum, to wyglądający na kosmitów albo zmutowanych przestawicieli white collars panowie z Devo raczyli publiczność pseudo-popowymi tanecznymi hitami, w których roiło się od aluzyjnych nawiązań do filozofii, polityki, reklamowych haseł, programów tv, s-f oraz skrytych seksualnych fantazji.

Devo czerpiąc pełnymi garściami z obyczajowego mainstreamu rozłożyli na części pierwsze oraz rozłożyli na łopatki (po części ze śmiechu) mieszczański kult użyteczności. Na jakimś z koncertów – dla pastiszowego efektu – podszyli się pod nawiedzoną chrześcijańską grupę grającą rocka.

Devo jest projektem przemyślanym od a do z. W tej konsekwencji przypominają m.in. Kraftwerk, Laibach, The Residents. Nazwa grupy wywodzi się od pojęcia regresu. Jak przekonuje lider grupy Jerry Casale, kto zaręczy, że współczesny człowiek nie przechodzi deewolucji?
Jako pierwsi na koncertach Devo korzystali z projekcji wideo (1973 r.) i na długo przed nastaniem ery mtv kręcili teledyski. Ciekawe, czy znów czymś zaskoczą?