Czytelników tradycyjnej prasy ubywa. Ubywać będzie. Trend się nasila, im mocniej gospodarcze załamanie uderza w tytuły, ograniczając ich dochody z reklam i sprzedaży. Ten proces – jak niemal wszystko – jest najbardziej spektakularny za Oceanem: agonia „Boston Globe„, reanimacja „LA Times” i „NYT„.
To nie powinno odwracać naszej uwagi od własnego podwórka; tu gazety także cienko przędą. Jednak kryzys tylko podkopał fundamenty gazetowych monopoli, cios decydujący zadaje technologia.

Gdzie bowiem podziewają się wierni czytelnicy? Nie wymarli, przenoszą się do internetu. Sieć nie dość, że oferuje darmowe treści, ciągle ewoluuje, a to kusi.
Częściowo rozumię frustrację zapracowanych redaktorów, którzy uważają internet za pasożyta, żerującego na ich pracy. Pewnie wielu z nich zgodzi się z tezą, iż sieć ma anarchiczny potencjał, gwarantuje tylko chaos i pożogę, a nie zyski. Z tej perspektywy gazeta i internet będą skonfliktowane po wsze czasy. Niczym ogień i woda.
Akurat to rozumowanie nie pomoże gazetom przetrwać. Muszą zaakceptować fakt, iż nikt nie dał im czytelników na wyłączność, we władanie, nie zagwarantował dozgonnej lojalności. Zwłaszcza, że ekonomia, technologia stymulują ruch, wymuszają zmianę upodobań, estetyki. Dają do rąk nowe narzędzia komunikacji.

Czy przypadkiem właściciele prasowych tytułów nie przespali momentu, kiedy zamiast surfować na fali technologicznej rewolucji, poszli na dno niczym kamień?

W 1981 roku redakcja „SF Examinera” (San Francisco) zaproponowała 3 tys. czytelników, posiadających domowe komputery dostarczanie gazet telefonicznym modem. Usługa kosztowała ok. 5 dolarów, ściągnięcie wydania gazety na twardy dysk zajmowało ok. 2 godziny. Skorzystało z usługi ok. 500 osób.
Wówczas o internecie nie było mowy. Pomysłowi redaktorzy „SF Examiner” zapewniali, że zarabianie pieniędzy w ogóle nie chodzi im po głowie. To był epizod. Na YouTube obejrzeć można relację sprzed 28 lat dziennikarza lokalnej telewizji .

Rzec można, ciekawostka. Nie do końca. Z perspektywy czasu widać – jak na dłoni – potencjał drzemiący w eksperymencie. Prób dotrzymania kroku uciekającemu światu papierowe gazety podejmowały bez liku. Ponosiły fiasko. Choćby Viewtron. Nowatorska na owe czasy usługa, z której korzystało kilka amerykańskich gazet w 15 miastach, okazała się ekonomicznym niewypałem.

Walcząć o przetrwania właściciele gazet nie kryją zakłopotania ogromem wyzwań. Ale przecież nie spadły im na głowy jak grom z jasnego nieba. W 1994 roku na łamach „American Journal Review” profesor Jerome Aumente pisał o podręcznym tablecie/readerze, nad którym pracował pionier elektronicznego dziennikarstwa Rober Fidler:

To było 15 lat temu. Wówczas zaczęła się walka o przetrwania, a nie dopiero teraz. Kto zatem jest zaskoczony skalą bolesnych przemian albo przeoczył lub niedosłyszał ich pierwszych akordów.