Żeby dowiedzieć się, jak Brad Pitt zabija Hitlera należy pofatygować się do kin na kolejną produkcję czołowego kpiarza i filmowego świra Q. Tarantino.
Dwa chwytliwe nazwiska – gwiazdora i nazistowskiego tyrana – pojawiły się w gazetowej relacji z Cannes, gdzie pokazano zwariowanych „Bękartów Wojny”. Zapewne to dopiero początek ekscytacji, jaką wywoła wejście filmu na kinowe ekrany.

Z Tarantino mam spory problem. W małych dawkach jest do przyjęcia, w większych powoduje niestrawność. Z popkulturowej pulpy tworzy więcej niż papierowych bohaterów. Choć z gruntu niedorzeczne, dialogi miewa świetne. Za to fabuła w istocie nie ma większego sensu, żadnej prawdy i żadnego znaczenia nie zawiera.

Z „Bękartami Wojny” jest podobna historia, z tarantinowskiej zasady to absurdalny film.

Nie chcę, żeby ludzie się czuli, jakby oglądali film historyczny. To ma być nowoczesna produkcja, wciskająca widza w fotel – mówił Tarantino i będzie pewnie to czynił niezliczona liczbą razy.
Ciekawe, jak ta deklaracja ma się do naszych sporów o granice artystycznej wolność wywołanych planami nakręcenia filmu o Westerplatte. Załóżmy, że polski film w ogóle powstanie. W jaki sposób zaistnieje obok filmowej kpiny Tarantino? Czy tylko twórcom pokroju Tarantino wolno robić sobie z historii krwawe jaja?