Internet sprawia, że ludzki mózg może ewoluować szybciej niż w czasach naszych praprzodków majstrujących przy pierwszych narzędziach.

Ku postawieniu takiej hipotezy skłoniły amerykańskiego neurobiologa Gary Smalla wyniki porównawczego eksperymentu (z udziałem 28 dorosłych osób) nad aktywnością mózgu. Badania dowiodły, iż surfowanie w necie angażuje więcej partii mózgu, a obszary odpowiedzialne za podejmowanie decyzji i rozumowanie są bardziej pobudzone. Inaczej niż podczas tradycyjnego czytania.
Small jest zdania, że ta prawidłowość – uwzględniając perspektywę kilku generacji – ma fundamentalne znaczenie dla ludzkości.


by Mike Licht

Nie trzeba lada biegłości, żeby zauważyć społeczny podział, czasem głęboki,na tych którzy posługują się netem i nowymi technologiami jak łyżką. To digital natives. Po przeciwnej stronie jest rzesza tych, którym korzystanie z nowych technologii przychodzi z trudem lub są w ogóle od nich odcięci. To z kolei digital immigrants. Z upływem czasu, będzie ich ubywać.

Small przyznaje, że to drugie grono lepiej radzi sobie z odczytywaniem mimiki twarzy niż internetową nawigacją. Ich umysły są odmiennie „nastrojone”. Digital immigrants inaczej się uczą, inaczej budują życie towarzyskie. Są bardziej metodyczni w działaniu, precyzyjniejsi.

Deficyt uwagi, rozkojarzenie i nieumiejętność dłuższej koncentracji – z tym muszą się borykać digital natives. Nawykowe surfowaniu może przynosić opłakane skutki. Zwłaszcza u dzieci. Brytyjska farmakolog, prof. Susan Greenfield, korzystanie z komputerowych technologii porównuje z kompulsywnym jedzeniem lub nałogowym graniem.

Co dzieje się w głowie dzieciaka godzinami wpatrzonego w morze obrazów, odbierającego dziesiątki maili, nieustannie czatującego, wielokrotnie w ciągu dnia przypominającego o swoim istnieniu setkom facebookowych lub myspace’owych friendów? Złe rzeczy. To, na co zwraca uwagę Susan Greenfield to charakterystyczne dla tzw. „kultury ekranu” narcystyczne nastawienie, egoizm oraz shaky sense of identity. Owe stwierdzenie, przyznam, podoba mi się to najbardziej.

Ku takiemu poglądowi skłania się zresztą nie kto inny, jak autor głośnej diatryby na web 2.0 Andew Keen:


Greenfield is warning us of the impact of sensory imagery upon the brain of the child. If most kids don’t have the „conceptual framework” to cope with this multimedia culture, she tells us, then we risk either a „monotonously homogeneous world” or a „society of techno haves increasingly divergent from the techno have-nots”.

Nie ma co jednak bezwolnie ulegać kasandrycznym nastrojom. Powszednieje opinia, poparta badaniami, że szczególny wpływ aktywność mózgu ma także modlitwa oraz medytacja. Traktowane zresztą jako oczywista przeciwwaga wobec stymulowanych technologicznie negatywnych tendencji.

Naukowcy wskazują, że osoby systematycznie medytujące są bardziej stabilne psychicznie, mniej rozkojarzone, mają silniejszy system immunologiczny.Są zdrowsze.
Grono amerykańskich oraz kanadyjskich uczonych prowadzi doświadczenie w pionierskiej dziedzinie zwanej neuroteologią i ma czym się pochwalić.

Myślę sobie, że nie trzeba od razu medytować. Wystarczy żyć wedle zasady keep it simple. Wytrwać w tym, to dopiero sztuka.