Spostrzeżenie, że we Wrocławiu panuje swobodna atmosfera, że dzieje się to, co gdzie indziej miejsca by nie zagrzało, bywa formułowane na wyrost. Przeistoczyło się w obowiązującą tezę. Jest powodem do dumy.

Rzeczywiście, we Wrocławiu jakoś mniej niż w innych miastach rzucają się w oczy objawy zaściankowej histerii z powodu „bulwersujących” wystaw, spektakli, koncertów. Mniej jest bicia piany, protestów, pism i medialnych relacji o skandalach.

Jednakże już z założenia miasto to przestrzeń publiczna, która żyje i ma się dobrze dzięki buszująm po niej społecznym aktorom. Ich energia, inwencja i niezgoda na status quo, albo przeciwnie, próba obrony porządku, składają się na obraz i tożsamość miasta. Nie są one dana raz na zawsze. Nie ma obowiązującego kanonu. Tak powinno być wszędzie.
To dlatego warto nieustannie eksperymentować i wystawiać, także zadowolonych ze swojej wyjątkowej otwartości wrocławian, na próbę.
W sali sesyjna rady miejskiej grupa Ad Spectatores zaprezentowała sztukę „Biskupi z Biskupina i Partyzanci z Oporowa targają Tarnogajem”. Jak to zawsze w przypadku Ad Spectatores bywa, kuriozalny tytuał a la dada kryje aluzje do aktualnych wydarzeń, postaci z pierwszych stron gazet, obrabianych przez publicystów historii, plotek i skandali.

Sala obrad rady, której nobliwość raczej stawia na baczność i wymusza urzędową zadumę, wiele uroczystościom służyła, ale nie ironicznej teatralnej egzekucji polityków i miejskich urzędników. Reżyser Maciej Masztalski zastrzega, że bohaterowie są fikcyjni. Ale i tak idzie na całość.

Niektóre sceny „Biskupów…” mogą wywołać pewne kontrowersje. Na przykład szef ochrony prezydenta będzie sikał koło mównicy, ktoś inny natomiast potknie się w sali sesyjnej o jakieś butelki po wódce. To nie będą ludzie bez wad.

Innymi słowy, teatr splata się z życiem, a życie z polityką. Trudno w tym splocie rozeznać, co było przyczyną, a co i czego skutkiem. Czekam na prasowe relacja i recenzję. Ciekawe, czy i tym razem, z tej komedii, niepokorny wrocławski duch wyjdzie cało.