Dawno nie widziałem takich emocji i takiej desperacji jak na stronicach „Dziennika”, którego sztandarowi publicyści ruszyli na wojnę z autorami anonimowych komentarzy internetowych.
Z początku chodziło o Katarynę. Spór dziennikarze kontra internauci, broniący prawa do swojej prywatności i prywatności blogerki Kataryny, gwałtownie się zaostrzył. Teraz idzie już na noże.
Redaktorzy poświęcili tej wojnie wiele stronic utrzymanych w heroicznej poetyce bój to jest nasz ostatni. Szkoda, że mało ona wnosi, niewiele wyjaśnia.

Jak dziennikarze „Dziennika” definiują swoich przeciwników? Jako bandę tępych i zawistnych frustratów, których anonimowość rozzuchwala i którzy czerpią satysfakcję z możliwości bluzgania, mając wątpliwą kulturę osobistą i problem z pisaniem po polsku. Tyle, z grubsza – ujmując w dużym skrócie – mają do powiedzenia o anonimowych internautach redaktor naczelny Robert Krasowski i Cezary Michalski. Ten drugi internautów zdemaskował pisząc, że polskim internetem rządzą anonimowi donosiciele. Ciekawe, kto jego zdaniem, ich opłaca, kto za nimi stoi? Czy nie bynajmniej przeładowana wspomnieniami z peerelu redaktorska wyobraźnia?
Nie upraszczam i nie przejaskrawiam, warto przeczytać serię artykułów. Układają się w niezłą zapowiedź nowego dodatku do „Dziennika”, o necie i jego użytkownikach.
Publicystom ewidentnie puściły nerwy. Zamiast potraktować konflikt na chłodno, zobiektywizować go, uwolnili demony. Po ich tekstach, każdy kto pisze anonimowo powinien błagać Krasowskiego i Michalskiego o przebaczenie. Albo bojkotować „Dziennik”. Inny scenariusz z tej wojny nie wynika.
Przyznaję. Często utyskiwałam na żenujący styl internetowych komentarzy w gazetach i w serwisach netowych. Jednak psioczyłem także na redaktorów ignorujących problem, tolerujących chamstwo na własnych forach.
Nie przyszło mi jednak do głowy, żeby wrzucić maniakalnych zawistników do jednego worka z blogosferą. To nadużycie.
Nie mam złudzeń, czym dla pewnej kategorii osób jest internet: ścianą na którą można nasikać, nabazgrolić, placem boju, miejscem ustawki, rynsztokiem i wiejską dyskoteką. W internecie pojawia się to wszystko, co jest obecne w życiu, prywatnym i publicznym. To oczywistość.

Mniejsza o to, że Krasowski i Michalski zachowują się tak, jakby odkryli Amerykę. Gorzej, że dowartościowują margines, wymierzyjąc solidnego kopa całej reszcie, która z chamstwem nie ma nic wspólnego. Którzy piszą, komentują, ścierają się i kruszą kopie, ale zawsze na przyzwoitym poziomie. I nie tracą przy tym luzu.

Kto korzysta z internetu nie od święta, kto nim żyje, zdaje sobie sprawę jak sprzyja on anarchicznej ekspresji i aktywności. To truizm i szkoda, że nie przyszło to do głowy dziennikarzom, było nie było, opiniotwórczej gazety. Teraz biją na alarm. A konsekwencją histerii jest przesada, z jaką się wypowiadają. Niepokoi ton nie uznający sprzeciwu, demagogiczna nuta pretensji i wyższości belfra nad niedouczoną hołotą. To postawa kogoś, kto nie dopuszcza wątpliwości, nie zastanawia się. Nie chce dyskusji, chce wojny narzuconej przez netowy margines. Zniża się do jego poziomu.

Nie mam cienia wątpliwości, że dziennikarze „Dziennika” spanikowali. Tak jakby dopiero teraz – wraz z bulwersującą historią o Katarynie – przyszło im, wbrew ich woli, z obcym żywiołem się zmierzyć.

A mogli zmierzyć się wcześniej. Wystarczyło, zwyczajnie, dopełnić redaktorskich obowiązków, czytać wpisy pod artykułami i serio się zastanowić, jak zadbać o to, by fora były miejscem wymiany myśli, a nie epitetów. Dopiero gdy sami dostali między oczy, gdy w nich uderzono, dostrzegli problem. Problem stary jak polski internet, jak polska mentalność.