Czy „My, narkopolacy” – kampania „Gazety Wyborczej” – spowoduje przełom w podejściu do narkotyków i uzależnień? Kropla drąży skałę, o ile tylko akcja zostanie podchwycona przez innych i nabierze dynamiki.
Gazeta wyznaczyła sobie cel rozległy. Za jednym razem przebić się z przesłaniem do opinii publicznej, wpłynąć na polityków i wyrwać z marazmu urzędników decydujących np. o losie programów metadonowych ratujących życie narkomanom .

To trudne, jeśli nie niemożliwe. Niezmiennie w Polsce narkotyki są tematem tabu. Sukcesywnie zaostrzając od 1997 roku przepisy ograniczono możliwość sensownej i otwartej debaty. Panuje zmowa milczenia.

Pewnie niejeden zwolennik liberalnego lub utylitarnego podejścia usłyszał zarzuty, że stoi po stronie narkotykowych dealerów, nie liczy się z dramatem ćpających nastolatków.
To tego rodzaju moralnego szantażu doświadczyli swego czasu rzecznicy praw kobiet i liberalizacji ustawy aborcyjnej. Ich stygmatyzowano krzycząc doń: mordercy dzieci.

W ponad 10 lat od wprowadzenie ustawy bardziej radykalnej w porównania ze standardami obowiązującymi w Anglii, Niemczech, a tym bardziej w Holandii, w rozmowach o narkotykach mieszają się uprzedzenia, stereotypy i szczątkowa wiedza. W latach 70. kpiąco ową bezradność zilustrował Forman w „Odlocie”. Jest wiek XXI, a ja mam wrażenie, że niewiele się zmieniło.

Wesoło nie jest, do głosu dochodzi hipokryzja i ignorancja. Banalny przykład: w powszechnym przekonaniu marihuana jest narkotykiem, ale nikotyna albo wódka – broń Boże – już nim nie są. Mało kto się zastanawia, jak ów podział jest bardzo warunkowany, nie wiedzą naukową i medyczną, lecz zmiennym kontekstem kulturowym. A przecież wystarczy spójrzeć, jak stosunek do narkotyków jest różny w różnych państwach.
Po prawdzie, w Polsce sprawy mają się następująco: pijaństwo tolerujemy, palenia skrętów nie. Nawet jeśli policyjne statystki wskazują, że to alkoholowe trunki powinny być na cenzurowanym.

Zwolennicy obowiązującej w Polsce polityki „zero tolerancji” – a takich chyba jest większość – nie zgodzą się na żadne ustępstwa. Zresztą stawianie pytań jest sprzeczne z pryncypializmem moralnych radykałów, którzy prostymi metodami chcą osiągnąć maksymalny efekt. Wyrugować narkotyki raz na zawsze. Czy komuś to się udało? Takich pytań nie wolno zadawać.

Dominuje przekonanie, że wrzucając do jednego worka eksperymentujących z biorącymi okazjonalnie, narkomanów z narkotykowymi gangsterami, problem mamy z głowy. Tymczasem poza zapełnianiem więziennych cel, trudno cokolwiek konkretnego o efektach rygorystycznej polityki powiedzieć. Mniej małolatów ćpa po dyskotekach lub przed egzaminami? Nie sądzę.

Często pryncypializm jest wygodny, bo pozwala maskować niewiedzę. Nie podejrzewam polityków żeby mieli z tego powodu wyrzuty sumienia. W ich gronie są nieliczni, którzy potrafią sensownie argumentować swoje stanowisko. Vide: Marek Balicki. Ale on jest także lekarzem.

Dla większość polityków narkotyki są tylko li problemem karnym, a nie konglomeratem zagadnień obejmującym politykę zdrowotną, społeczną, ekonomię oraz edukację.
Bywa, że nasi reprezentanci czują się zażenowani, gdy przychodzi im o nielegalnych używkach publicznie się wypowiadać. Ratują się wówczas kpiarskim tonem lub wypowiadają w sposób maksymalnie pokrętny. Posłuchajcie wywodu posła Ryszarda Kalisza.
Czy właśnie takie wypowiedzi pozwolą opinii publicznej pogłębić wiedzę? Rozstrzygnąć, kto ma ma rację w zasadniczym sporze: karać czy zapobiegać?
Na razie więcej precyzji i jasności widać po stronie orędowników prohibicji. Oni wierzą, że powoduje nimi moralna słuszność, a nie podejrzany relatywizm i pragmatyzm. Choć także oni zaliczają rażące wpadki.

Jarosław Kaczyński nie wie do końca, co mówi, ale dobrze wie, że siejąc „moralną panikę”, stoi po stronie „milczącej większości”, jest wyrazicielem ich lęków, więc może liczyć na ich głosy.

Ciekawe, która z partii odważy się podjąć dyskusję nad zasadnością pełnej prohibicji, wyboru strategii redukcji szkód, a może wprowadzenia monopolu państwa na miękkie narkotyki?

Na razie taką wolę artykułuje środowisko „Krytyki Politycznej”. Tematu nie obawia się biegunowa inna UPR. PO tylko z nazwy jest liberalna. Choć mogłaby mieć najwięcej do powiedzenia.