Świat dzieli się na trzy części. Na tych, których Michael Jackson obchodzi jak zeszłoroczny śnieg. Na miliony fanów, którzy po nim płaczą i na tych, którzy los gwiazdy widzą przez pryzmat puchnącego bankowego konta. O nich będzie mowa.
Ceremonię pogrzebową Michaela Jacksona zaplanowano w dniu, gdy poraz pierwszy wszedł na sceną. Jego artystyczny geniusz zaprzągnięto w marketingowy kierat i z myślą o zyskach eksploatowano do marnego końca. W tym sensie nie jest winny Diprivan znaleziony w jego posiadłości oraz inne piguły w żołądku gwiazdora.
Jackson nigdy nie żył własnym życiem. Nie miał szans zakosztować wolność wpisanej w los przeciętnego dzieciaka. Nie mógł zerwać z rolą, którą mu narzucono. Oczywiście rola ulegała modyfikacji (co było widać po pokiereszowanej i wybielonej twarzy), lecz nade wszystko miała gwarantować zyski jego pomagierom, konsultantom, menadżerom, rodzinie.
Życie Jacksona było niekończącym się widowiskiem, w którym jeśli nie muzyka, to rzucające się coraz bardziej w oczy dziwactwa i absurdy, utrzymywały zainteresowanie jego osobą.

Kiczowaty przepych jakim się otaczał, liczne operacje plastyczne, namiot tlenowy w którym spał, odpadający nos, podejrzenia o molestowanie dzieci, przyjaźń z szympansem oraz sięgające pół miliarda dolarów długi. Ileż osób tymi tabloidowymi śmieciami się emocjonowało.

Jak w atrakcyjnym widowisku, finalny akord medialnego cyrku z Jacksonem będzie arcyefektowny. Publiczna ceremonia pogrzebowa musi oddać niemalże mityczny wymiar Jacksona. Musi zapierać dech w piersiach milionom tkwiącym przed telewizorami. Niczego tak bardziej nie potrzebujemy, jak przeżyć własnych tabloidowych bogów. Zagrać naszym herosom na nosie.

„Super Express” poinformował, że fani udający się do Los Angeles na ceremonię pogrzebową, jeśli tylko są posiadaczami przynajmniej 3 biletów z koncertów króla i jadą w minimum 6-osobowej grupie, mają większe szanse otrzymać wizę.

Na marginesie, pisząc na łamach „The Daily Beast” Benjamin Sarlin zauważył, że ruch w internecie generowany z powodu śmierci Jacksona powodował jego zatkanie, co niewątpliwie pomogło irańskim ajatollahom, zaniepokojonym skalą, z jaką z internetu korzystywali przeciwnicy reżimu Ahmanideżada.

Jackson jest martwy, cmentarny rytuał inauguruje okres żerowania na jego micie. Zbyt wielka jest pokusa, by hołubiony artysta zaznał spokój. Cool hunterzy już przeczesują ulice, kluby, internertowe czaty w poszukiwaniu zachowań będących kulturową reakcją na śmierć gwiazdy; symptomu, który będzie można marketingowo i reklamowo wykorzystać.
To truizm, ale wart podkreślenia: wszelkie emocje – od agresji po egzaltację – są rezerwuarem, z którego, bez żadnym oporów,
pop kultura czerpie i napędza sprzężony z nią rozrywkowy przemysł.

Siły, jakie kształtują nasze wyobrażenie o ludziach, o świecie; nasze zachowania i reakcje, nie są bynajmniej rozproszone w trudnej do ogarnięcia chaotycznej mediasferze.

W Marchants of Cool – fenomenalnym reportaż telewizji PBC o tym, jak twórcy reklamy i magnaci medialni żerują na młodzieży manipulując jej emocjami i postawami, narzucając trendy – padają nazwy koncernów, które pociągają za sznurki. Mowa m.in. o Viacom.
Tak banalne i tak proste, że aż szokuje. Bardziej niż śmierć Jacksona, która wszak – jak smierć każda człowieka – jest do przewidzenia.