W budżecie rosnącą kryzysowa dziura. Zastanawiam się, ile pieniędzy kosztuje nas rygorystyczna polityka antynarkotykowa? Ile czasu tracą na nią sądy i prokuratura, zresztą zawalone papierkową robotą? Czy ktoś policzył, ile energii na ściganie dzieciaków palących jointy marnuje policja? Ile ich ląduje w więzieniach, zamiast u profesjonalnego szkolnego pedagoga?
Czy moralnym jest marnotrawienie pieniędzy na cel zdawałoby się moralny, jeśli nieefektywna polityka skutkuje gorszącą rozrzutnością, którą dotkliwie odczuwa społeczeństwo borykające się z:

– niewydolnym sądownictwem
– zapaścią służby zdrowia,
archaiczną pomocą społeczną
– szwankującym systemem oświaty

Jeśli uznamy, że pewna kategoria narkotyków – w podobnym stopniu szkodliwa jak wódka i tytoń – może być legalna i państwo może ich obrót kontrolować poprzez koncesje i podatki, co stoi na przeszkodzie, żeby tego nie czynić?
Jakie kontrargumenty za utrzymaniem prohibicji dostarczają statystyki policyjne, medyczne?
Co mają do powiedzenia na ten temat eksperci z międzynarodowych instytucji, które bezstronnie zajmują się narkotykowym problemem?
Brakuje mi nie zagłuszanej histerią debaty. Dość mam stygmatyzacji, wedle której każdy, kto powątpiewa w sens prohibicji jest postrzegany jako zwolennik narkomanii.

Ministerstwo sprawiedliwości przygotowało projekt depenalizacji posiadania niewielkiej ilości narkotyków, przyznając że obowiązujące zasady są złe. To krok w dobrą stronę.
W odległej Kalifornii trwa batalia o legalizację marihuany, bo dotychczasowa polityka postrzegana jest coraz powszechniej jako nieskuteczna i problematyczna, zwłaszcza teraz, w dobie kryzysu gospodarczego.

Historia uczy, że czasem klęskę można przekuć w sukces.